Nigdy nie przypuszczałam, że z jakimkolwiek zagranicznym wyjazdem może wiązać się tyle i tak przeróżnych problemów techniczno-organizacyjnych. Nie pamiętam na dobrą sprawę, ani kiedy, ani z jakiego powodu Gruzja pojawiła się na mojej liście podróżniczych „marzeń”. Choć uczciwie przyznaję, iż kilkukrotnie, kiedy nie miałam pomysłu gdzie jechać, myślałam sobie skrycie: A może by tak do Gruzji? Jednak wtedy nagle pojawiały się inne destynacje, które zawsze wygrywały – może dlatego, że lokowały się  na zachód czy też na słoneczne południe od Polski. Aż w końcu nadszedł ten moment kiedy powiedziałam sobie – „NIE”! Doszłam do wniosku, że takich podróżniczych „natchnień” lekceważyć nie wolno. Zawzięłam się, zaplanowałam szczegółowo całą trasę, zarezerwowałam noclegi, kupiłam bilety, wiedziałam już wszystko… i właśnie wtedy na świecie niczym grom z jasnego nieba pojawiła się „covidowa zaraza”.

No i wszystko, dosłownie wszystko w jednej chwili, posypało się niczym domek z kart. Marzenia trzeba było skorygować, plany i ambicje odłożyć na bok, zacisnąć zęby i czekać. Wszak – jak to mawiają – nadzieja umiera w nas ostatnia. Czekałam, czekałam, czekałam i się doczekałam. Innymi słowy, po ponad roku rozmaitych mniejszych lub większych lockdownów czy izolacji – w końcu – udało się! Gruzja stała się faktem i  była „moja”!

Może faktycznie nie zobaczyłam wszystkiego, ale to, co było moim marzeniem zrealizowałam – zrobiłam zdjęcie Cminda Sameba – jednego z tych „pocztówkowych” miejsc, z których Gruzja słynie na całym świecie. Choć i tym razem też nie obyło się bez problemów. Kiedy bowiem dojeżdżałam już na parking w Stepancmindzie – bez zarzutu funkcjonujący dotąd aparat nagle wyświetlił komunikat o błędzie i zwyczajnie przestał działać. Nie wiem jak, chyba jednak opatrzność nade mną czuwa, po pewnym czasie udało się go uruchomić i po dotarciu na górę moje upragnione zdjęcie zostało zrobione.

I kiedy myślałam, że limit moich „nieszczęść” jest już wyczerpany, okazało się, że czekała na mnie jeszcze jedna „niespodzianka”. Otóż, po powrocie, gdy dumna z siebie po zgraniu zdjęć na dysk zrobione usiadłam do bloga, ciśnienie do niebotycznych wartości podniósł mi kolejny komunikat (chyba największy koszmar dla każdego fotografa) „folder uszkodzony”, czyli po prostu zdjęć nie ma … Na szczęście – dzięki programowi Strong Recovery (mimo, że płatny to naprawdę polecam!) – znów udało się! Wszystkie zdjęcia zostały szczęśliwie odzyskane. W związku z tym, mam nadzieję, że teraz już obejdzie się bez kolejnych atrakcji i będę mogła pokazać Wam „moją” Gruzję.

 Planując, jeszcze w 2019 roku, swój wyjazd do Gruzji – jak zawsze szukałam w zasobach internetowych wszelkich niezbędnych informacji na jej temat. Szybko doszłam do wniosku, że wszyscy (oprócz mnie) chyba już w Gruzji byli. I, że jest to tak samo oklepany kierunek, jak nie przymierzając Włochy, Grecja czy Chorwacja. Dlatego w tym roku, kiedy już szykowałam się do wyjazdu – w niemałe osłupienie wprawił mnie tekst zamieszczony na stronie National Geographic Traveler, z którego wynikało, że wśród dziewięciu miejsc, do których podróżnicy jeżdżą stosunkowo niechętnie –  m.in. Nikaragui, Timoru Wschodniego czy Iranu (co akurat, chyba nikogo nie dziwi) znajduje się  właśnie Gruzja.

Więc jak jest naprawdę? Hmm… Powiem tak: w samolocie, który wystartował z lotniska w Katowicach, faktycznie znakomita większość miejsc zajętych było przez powracających z pracy w Polsce Gruzinów, natomiast Polacy – to przede wszystkim osoby odwiedzające Gruzję po raz kolejny, wybierający się  na trekking w Kaukazie, bądź na rajdy typu off-road, czy też wyprawy konne.

Oczywiście byli też tacy, jak ja – jadący trochę „w nieznane”, z nastawieniem, żeby zobaczyć i posmakować Georgii jak najwięcej. Bo Gruzja jest po prostu piękna. Gruzja jest też miejscami zaniedbana i zwyczajnie biedna. I co może zdziwić, nie jest wcale nie jest taka mała, jak wyobrażamy ją sobie, widząc jej geograficzne granice na mapie. Jest bowiem naprawdę różnorodna. Otóż, jadąc krętymi, często niezbyt dobrze utrzymanymi drogami, niemal za każdym zakrętem odruchowo wzdychamy „jak tu pięknie”, a naprawdę szybko zmieniają się krajobrazy. Tak jakby z każdym przebytym kilometrem, nagle pojawiało się coś radykalnie nowego i piękniejszego od tego, co do tej pory zdążyliśmy już zobaczyć. Dla tych pięknych obrazów przyrody kontrastem są zwyczajnie zrujnowane wsie i miasteczka oraz „urbanistyczne rozwiązania” rodem z najbardziej koszmarnych lat PRL. Dodatkowo, można odnieść wrażenie, że połowa z zabudowań każdego miasteczka czy wioski to straszące pustostany.

Raz po raz, w przepiękny i zapierający dech w piersiach gruziński krajobraz wpisują się opuszczone fabryki, charakterystyczne wielkopłytowe bloki, a gdzieś upstrzone „bez ładu i składu” między nimi także małe domki z zawalonymi, w większości eternitowymi dachami i zarośniętymi ogródkami. W większych miastach kontrastów jest równie dużo, a może nawet jeszcze więcej. Widać w nich, niemal obok wspomnianych starych, walących się zabudowań bogate inwestycje, w tym, sięgające chmur szklane apartamentowce o intrygującej (nawet Europejczyków z Zachodu) architekturze, luksusowe hotele czy salony samochodowe najdroższych światowych marek.  

Czy warto odwiedzić Gruzję? 

Na tak postawione pytanie – moim zdaniem – pomimo wszystkiego tego, o czym wspomniałam – uczciwa odpowiedź  wydaje się być jedna: Tak, jeśli macie czas i trochę grosza – oczywiście, że warto! I zapewniam nie rozczarujecie się. Na pewno kraj ten przypadnie do gustu, zarówno zwolennikom górskich wycieczek (od trekkingu, aż po wspinaczkę wysokogórską – gruzińskie pięciotysięczniki czekają), jak i poszukiwaczom inspiracji kuchennych, znajdą też tutaj coś osobliwego miłośnicy architektury, jak i ci, którzy pragną zwyczajnie „uciec” od zgiełku dużych miast i sycąc się zielenią Małego Kaukazu – pooddychać nieskażonym, dosłownie niczym świeżym powietrzem. 

Ponieważ nie sposób opowiedzieć i opisać wszystkiego – siłą rzeczy zdecydowałam, że  kilku odwiedzonym przeze mnie miejscom – ze względy na ich charakter – poświęcę osobne wpisy, natomiast o pozostałych (co nie znaczy mniej ważnych, czy też mniej interesujących) wspomnę już tutaj. Dlatego proszę Was o zrozumienie i wybaczenie, że ten nieco rozbiegowy post będzie nieco dłuższy. Ufam, że rekompensatą będzie dość duża ilość zamieszczonych w nim zdjęć 🙂 Te bowiem, mówią chyba najwięcej. 

A zatem, w drogę: 

Blisko 150-tysięczne dzisiaj KUTAISI – dla przylatujących tanimi liniami lotniczymi turystów jest pierwszym odwiedzonym miastem na gruzińskiej ziemi. Obecnie, miasto to jest stolicą regionu Imeretia, jednak w swej historii była też przez wieki stolicą Królestwa Kolchidy – czyli Królestwa Kaukazu, znanego antycznym Grekom jako „Kraina Złotego Runa”. Stąd odnajdziemy w niej częste nawiązania do greckiej mitycznej opowieści o Jazonie i Argonautach oraz poszukiwaniu przez nich „złotego runa”. W samym zaś centrum Kutaisi oczy zwiedzający cieszy się fontanna, składającą się z 30 posągów zwierząt, które są kopiami odkryć archeologicznych z epoki Kolchidy. 

Nawet podczas krótkiego pobytu warto odwiedzić symbol miasta i zarazem jego największą atrakcję jaką jest dumnie górująca Katedra Zaśnięcia Bogurodzicy, znajdująca się na północnym brzegu rzeki Rioni. Potocznie nazywa się ją Katedrą Bagratydów lub krótko: „Bagrati”, gdyż zbudowana została w 1003 roku, właśnie za panowania króla Bagrata III, o czym świadczy historyczna inskrypcja na północnej ścianie świątyni. Miejsce to jest milczącym zapisem oraz pomnikiem niezwykle skomplikowanej etnicznie, a także politycznie historii Gruzji. Otóż w 1692 roku katedra została wysadzona w powietrze przez wojska osmańskie i przez stulecia pozostawała w totalnej ruinie. W 1994 r. została wpisana na listę Międzynarodowego Dziedzictwa UNESCO. W tym też czasie, Prawosławny Autokefaliczny Kościół Gruziński uznał, że miejsce to powinno zostać odbudowane i oddane na użytek kultu.

Niestety, dokonane prace remontowe rażąco dekonstruowały jej historyczne wnętrze. Zostały bowiem zostały wykonane bez precyzyjnego odniesienia się do unikalnej architektury tego miejsca. W związku z czym, w roku 2017 Katedra Bagratydów została definitywnie wykreślona ze wspomnianej listy. Wielka szkoda, bo myślę, że lepiej byłoby zostawić malownicze, choć zniszczone to jednak oryginalne, pozostałości katedry, niż powoli zamieniać ją w swoisty w postmodernistyczny „mix” stylów.

Wspinaczka na szczyt wzgórza Ukimerioni, gdzie usytuowana jest panująca nad miastem katedra, jak też samo jej zwiedzanie oraz podziwiane malowniczej panoramy Kutaisi sprawia, że chcąc nie chcąc pragnienie i głód zajrzą każdemu turyście w oczy. Dlatego polecam już po zejściu zajrzeć na Zielony Bazar. Tutaj bowiem lokalni producenci żywności prezentują swoje produkty. Bez większej przesady można powiedzieć, że znajdziemy prawie wszystko, co nadaje się do jedzenia. Na pewno warto kupić tu przyprawy, np.: ostrą paprykową pastę adżykę, gruziński szafran, no i oczywiście swańską sól. W działającej wewnątrz małej jadłodajni warto spróbować tradycyjnie podawanego chaczapuri czy chlebka shoti. 

Dysponując nieco większą ilością czasu warto wybrać się do jednej ze zjawiskowych jaskiń, które znajdują w pobliżu Kutaisi. Najbardziej spektakularną i zdecydowanie największą tego typu jaskinią – jest Jaskinia Prometeusza (niestety nazwa nie ma nic wspólnego w mityczną postacią dobroczyńcy ludzkości, która – jak pamiętamy – została przykuta do skał Kaukazu, a jest jedynie zręcznym zabiegiem marketingowym) odkryta w latach 80-tych XX wieku, zaadaptowana i oficjalnie dopuszczona do zwiedzania. Ta licząca ponad 11 kilometrów długości pieczara, naprawdę potrafi zadziwić nie tyle swoim naturalnym pięknem, ale i multimedialnymi rozwiązaniami, szkoda, że dla turystów udostępnionych jest tylko około 1060 metrów, których przejście wśród mrowia stalaktytów i stalagmitów zajmuje i tak około godziny. Co ciekawe, w jaskini, niezależnie od pory roku i panującej na zewnątrz temperatury, panuje stały mikroklimat i orzeźwiający chłód na poziomie około 10 stopni.  

Kolejna na mojej trasie UBISA – to nie tylko mała niepozorna wioska, ale nade wszystko średniowieczny kompleks klasztorny znany w całej w Gruzji. Składa się z datowanego na IX wiek naszej ery klasztoru św. Jerzego (to od jego imienia właśnie Gruzja, czyli Georgia – czerpie swoją nazwę) ufundowanego przez św. Grzegorza z Chandzty, z czteropiętrowej wieży (która zbudowana została w 1141 roku) oraz fragmentów XII-wiecznego muru obronnego.

Warto nie przeoczyć tego miejsca i zatrzymać się tam na chwilę, choćby tylko po to, aby obejrzeć unikalny cykl malowideł ściennych z końca XIV wieku, przedstawiających wspaniałą kompozycję wszystkich wielkich świąt chrześcijańskich, tj.: Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny, Epifanii, wydarzenia z Niedzieli Palmowej, a także Ostatniej Wieczerzy Jezusa Chrystusa oraz Jego Ukrzyżowania i Zmartwychwstania. Zachowane w takim stanie freski są prawdziwym unikatem, ponieważ okupujący przez lata Gruzję barbarzyńscy Sowieci zwykle mieli w zwyczaju zamalowywać wapnem bogato ornamentowane ściany gruzińskich monastyrów. Na szczęście akurat ten klasztor nie wydał się na tyle wrogi czy niebezpieczny dla komunistycznego „nowego porządku świata”, że obiekt ten pozostawili w spokoju, dzięki temu freski w nim umieszczone zachowały się w bardzo dobrym stanie.

GORI – to, z kolei, „miasto pomnik” – znajdujące się w centralnej Gruzji. Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym spośród mieniących się zabytkami i blaskiem historii innych miast kraju, jednak miejscowość ta jest powszechnie znana w jej nie do końca chlubnym kontekście historycznym – to tutaj urodził się i mieszkał Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili, daleko bardziej znany jako Józef Stalin – radziecki rewolucjonista, bolszewicki dyktator, polityk i zbrodniarz komunistyczny, odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi.

Mimo dziejowości zmian politycznych oraz zmian w świadomości samych Gruzinów znajdującego się  w Gori Muzeum Stalina – wierzcie mi – nie da się nie zauważyć. Budynek stoi  w centrum miasta na Placu Stalina, do którego prowadzi główna, szeroka ulica nosząca oczywiście nazwę Alei Stalina. Zaś samo muzeum jest – jak czytamy przed wejściem – „hołdem ku czci wielkiego mieszkańca Gori”. Nie proście mnie nawet o komentarz. Zwyczajnie, brak słow.

Organizatorzy miernej, jak się okazuje ekspozycji, przyjęli oryginalny sposób prezentowania historii oraz życiorysu samego Stalina. Biografia „Wodza” bowiem pełna jest historycznych dziur, których jest chyba więcej, niż w porządnym szwajcarskim serze. Brakuje tu nie tylko jakiejkolwiek wzmianki o politycznym okrucieństwie komunizmu, ale też nikt ze zwiedzających nie dowie się o zbrodniach wojennych i ludobójstwie Józefa Stalina. Radziecki Koryfeusz Dziejów – oczom zwiedzających muzeum, jawi się jako „zbawca ludzkości” i dobrotliwy „przyjaciel dzieci i młodzieży”. To chyba jedyny moment w Gruzji, kiedy wychodząc na zewnątrz człowiek ma świadomość autentycznie zmarnowanych kilkunastu lari, które można było przeznaczyć na cokolwiek innego, chociażby jałmużnę dla ubogich lub jedzenie czy picie.

Zdjęcia wykonałam w lipcu 2021 r.


Chcesz zobaczyć więcej Gruzji zajrzyj też tutaj:

Gamardżobat … cz. 2 – Gruzińska Droga Wojenna

Gamardżobat … cz. 3 – Mccheta

Gamardżobat … cz. 4 – w regionie Dżawachetii

Subskrybuj
Powiadom o
guest
15 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Kobieca Intuicja
18 sierpnia 2021 09:21

Gruzja jest wspaniała! Byłam kilka lat temu i bardzo chcę do niej powrócić 🙂

Anne18
18 sierpnia 2021 09:30

Ależ wyczerpująca relacja. Miło czytać. No niestety czasem podczas podróży napotyka się problemy.

Aleksandra Załęska
18 sierpnia 2021 15:20

Piekna relacja, aż zachciało mi się tam pojechać 🙂

Martyna K.
18 sierpnia 2021 15:41

Warto spełniać swoje podróżnicze marzenia. Ja chcę wybrać się do Rosji.

Paulina Kwiatkowska
Paulina Kwiatkowska
18 sierpnia 2021 15:49

Gruzja nie jest na razie na liście moich planów, ale kto wie…

Olka
19 sierpnia 2021 15:45

Ja Cmindę Samebę odwiedziłam w zimie. Trekking tam i z powrotem był naprawdę cudny. Mimo braku rozległych widoków.

Opowieści z Podróży
19 sierpnia 2021 16:30

Gruzja jest wysoko na mojej liście planów podróżniczych! Na pewno marzy mi się trekking w tamtejszych górach!

Gosia
26 sierpnia 2021 13:36

Gruzja to wspaniały kraj i uwielbiam ich kuchnie