Pozwólcie, że tym razem zacznę od starej legendy, którą – raz po raz – opowiada się turystom przybywającym do Georgii. Otóż Bóg, po tym jak stworzył piękny świat – postanowił rozdzielić krainy pomiędzy poszczególne narody. Przedstawiciele wszystkich nacji natychmiast ustawili się w długą kolejkę, licząc na żyzne, bogate terytoria. Jedynie Gruzini zignorowali całą sprawę i zamiast stać w kolejce, rozpoczęli swoją tradycyjną „suprę” – czyli wielką ucztę. A przy tym tańczyli, śpiewali, jedli i wznosili kolejne toasty na cześć Stwórcy. Gdy wszystkie ziemie były już rozdane, sam Bóg zaciekawiony sytuacją zapytał ucztujących – „Czemu to nie zgłosili się po swoją część?” Odpowiedzieli Mu beztrosko: „Panie wierzymy w Twoją sprawiedliwość i szczodrość, dlatego to woleliśmy – zamiast tracić czas na stanie w kolejce – chwalić Cię z całej naszej gruzińskiej duszy, wychwalając Twoją mądrość i dobroć”. Stworzyciel, wyraźnie poruszony taką postawą, zdecydował oddać Gruzinom najpiękniejszy kawałek świata – dokładnie ten, który początkowo chciał zatrzymać wyłącznie dla siebie.

Bajka, nie bajka? Cokolwiek by nie powiedzieć – myślę (i wiem, że nie jestem w tym myśleniu odosobniona), że jest w tej legendzie sporo prawdy, bowiem na brak zapierających dech w piersiach widoków w Gruzji naprawdę nie można narzekać. Zanim jeszcze przyjechałam w te strony wiedziałam, że na pewno Kazbegi (od 2007 roku miejscowość ta nosi nazwę Stepancminda) będzie ważnym punktem na mojej trasie. Wydawałoby się, niby nic specjalnego: ot, małe miasteczko, klasztor i wokół same góry. Z tą jedynie różnicą, że są góry i góry, są klasztory i klasztory. Komu dane było choć raz ujrzeć (co nie jest dane zawsze i każdemu, bo kryje się najczęściej skryty gęstym obłokiem) dumny i górujący ponad wszystkim wokół Kazbek (5054 metrów n.p.m.) – ośnieżony i pokryty potężną lodową czapą jeszcze w lipcu – ten wie, o czym mówię. I jeszcze ten malutki, tak pięknie położony klasztor Gergeti Cminda Sameba (p.w. Świętej Trójcy), wzniesiony przed tyloma wiekami, niemal na wysokości naszych Rysów, w którym cały czas żyją prawosławni mnisi i sprawowany jest liturgiczny kult.

Zanim jednak ujrzymy Wielki Kaukaz i zanim dotrzemy do wspomnianej Kazbegi – pokonać musimy większość z tzw. „Gruzińskiej Drogi Wojennej”, przy której kryje się wiele turystycznych, architektonicznych i krajobrazowych „perełek”, o których to dziś Wam opowiem.  

Zacznę może od tego, że „Gruzińska Droga Wojenna” – mimo niezwykle groźnie brzmiącej nazwy – to tak naprawdę jeden z najpiękniejszych traktów świata. I co do tego, niemal wszyscy ci, którzy kiedyś podróżowali tą droga są zgodni. Innymi słowy – mimo iż nieporównywalnie krótsza – jest ona dla Gruzinów (i nie tylko) niemal tym, czym dla mieszkańców Stanów Zjednoczonych pozostaje do dziś słynna na cały świat Route 66. Jest to bowiem dzisiaj główny szlak handlowy, turystyczny i krajobrazowy łączący Kaukaz Południowy z Kaukazem Północnym, którego główny i najbardziej malowniczy odcinek znajduje się między Tbilisi i rosyjskim Władykaukazem i choć liczy jedynie 208 kilometrów potrafi przyprawić nie raz o uzasadnione drżenie serca. W najwyższym punkcie, tj. na Przełęczy Krzyżowej droga wznosi się na wysokość bagatela 2379 metrów n.p.m (dla porównania najwyższy szczyt Tatr po stronie polskiej, czyli Rysy, ma 2499 metry n.p.m). Niegdyś tu właśnie starożytne karawany oraz rozmaite ekspedycje handlowe pokonywały groźne i ośnieżone szczyty Kaukazu Wielkiego zmierzając w kierunku terenów dzisiejszej Turcji oraz Iraku. Dzisiejszą nazwę tego wyjątkowego szklaku – droga ta zawdzięcza XIX-wiecznej grabieży terenów Georgii, a później podbojowi Zakaukazia przez Rosję. To właśnie tędy – „Drogą Wojenną” – carscy najeźdźcy transportowali swoje wojsko, amunicje i ciężki sprzęt bojowy.

„Droga Wojenna” – tuż za Tbilisi – biegnie wijąc się pokornie doliną rzeki Mtkwari (ros. Kury). Kilka kilometrów dalej, trasa przechodzi obok Mcchety – starożytnej stolicy Gruzji. Tego miejsca, zwyczajnie, nie sposób ominąć. Jest ono na tyle ważne, że poświęcę mu nie tylko kilka fotografii, ale nawet osobny wpis.  Podążając dalej, kierujemy się na północ wzdłuż rzeki Aragwi. Tutaj po drodze sporą atrakcją turystyczną okazują się być historyczne – choć nader dobrze utrzymane – fortyfikacje twierdzy Ananuri, pochodzące z przełomu XVI i XVII wieku. Urokowi tego miejsca, które było niemym świadkiem kilkunastu ważnych bitew dodają, iście turkusowe wody sztucznego akwenu wodnego – noszącego nazwę Jeziora Żinwalskiego, które znajduje się tuż poniżej zamkowych murów. Akwen ten urzeka wszystkim swoim spokojem; ani jednej fali, ani jednej łódki, ani jednego kapiącego się człowieka. W oddali widać jedynie dosłownie tysiące refleksów słonecznych promieni odbijających się od lustra wody. 

Powoli zmierzając na szczyt „Gruzińskiej Drogi Wojennej” zauważamy, że szosa biegnie kanionem rzeki Baidarka, a na skalistych zboczach wprost tryskają rozmaite źródła mineralne. Miejsca wypływu tych wód łatwo rozpoznać, choćby po kolorowych minerałach, które nader często pojawiają się w lokalnych skałach. 

Za wioską Pasanauri nasza droga, po licznych serpentynach, z powrotem ostro i niebezpiecznie pnie się w górę, mijamy  Gudauri – obecnie ośrodek sportów zimowych, by zatrzymać się przy niesamowicie kolorowym Pomniku Przyjaźni Rosyjsko-Gruzińskiej, który naprawdę trudno przeoczyć. Otóż ten cylindryczny obiekt ozdobiony jest intensywnie kolorowym, wręcz pstrokatym, muralem prezentującym rozmaite wydarzenia związane z historią Rosji i Gruzji. Jednak dla zwiedzających i turystów – obiekt ten – to przede wszystkim doskonały punkt widokowy, z którego można podziwiać, nie tylko malowniczo wijącą się kilkaset metrów niżej dolinę, ale i wysokie szczyty Kaukazu.

W końcu, po blisko kilku godzinach jazdy (w Gruzji zasadniczo nikogo nie dziwi ze 250 kilometrowy odcinek drogi pokonuje się czasem w ciągu 6 czy 7 godzin) docieramy na parking w niewielkiej Stepancmindzie. Chwila odpoczynku, zmiana „taboru” i najbardziej ekstremalny w moim życiu przejazd po kilkukilometrowym trasie, której na pewno nie można już nazwać drogą. Po 25 minutach spędzonych w lokalnym „łaziku”, który w niewiarygodny sposób piął się na szczyt przyprawiając chwilami kilkuosobową grupę podróżujących o „zawał serca” i dosłownie wyrywając z nas wszystkie wnętrzności – wreszcie TU jestem! A przede mną miejsce, o którym na już na początku tego wpisu wspominałam, obiekt wielu moich – i nie tylko moich zapewne – fotograficznych westchnień: zjawiskowa Cminda Sameba (Gergeti Trinity Church, Kościół św. Trójcy w Gergeti). Z tej bowiem, położonej na wysokości 2170 metrów n.p.m. prawosławnej cerkwi oraz przyległego do niej maleńkiego monastyru, roztacza się bodaj najpiękniejszy i najbardziej popularny spośród gruzińskich widoków – widok na ośnieżony przez cały rok, dumny Kazbek. Miejsce, dla którego część z nas, tak naprawdę przyleciała do Gruzji. Być bowiem w Georgii, a nie przyjechać tutaj – to trochę jak «być w Rzymie i papieża nie zobaczyć». Po prostu, uwielbiam takie miejsca. Choć, widząc w oddali potężny i jakże niedostępny gruziński „pięciotysięcznik” – stwierdzam pokornie, że ja, póki co, jestem tu chyba bardziej „dla przepięknego monastyru”. Wiem, że popularne określenie „zapierający dech w piersiach” – bywa w naszym języku zwyczajnie nadużywane, ale jak inaczej opisać inaczej krajobrazy, które robią na mnie tak ogromne wrażenie. Kiedy ujawniają się w całej swej krasie, pokazują w jednej chwili przerażającą siłę i niewyobrażalne piękno natury, a ja… czuję się wówczas tak mała, jakby mnie w ogóle tutaj nie było. A przecież jestem, i te góry, i ten widok są „dla mnie” – i mam wrażenie, że czekały tu całe moje życie. Uwierzcie mi, choćby tylko dla tych kilku doznań – warto było pokonać wiele, i warto tu przybyć!

Zdjęcia wykonałam w lipcu 2021 r.


Chcesz zobaczyć więcej Gruzji zajrzyj też tutaj:

Gamardżobat Sakartwelo! cz. 1

Gamardżobat … cz. 3 – Mccheta

Gamardżobat … cz. 4 – w regionie Dżawachetii

Subskrybuj
Powiadom o
guest
15 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Anna z Bilingual kid
28 sierpnia 2021 12:41

Piekne fjordy i urokliwe koscioly, na pewno byla to niezwykla podroz, dziekuje za podzielenie sie wspomnieniami 🙂

Paulina K.
Reply to  Ola
14 października 2021 19:50

Będę ich z przyjemnością wypatrywać, bo nie miałam okazji być w Gruzji.

Gosia
29 sierpnia 2021 01:37

Fajna podróż i bardzo ładne zdjęcia

Anonimowy
Anonimowy
30 sierpnia 2021 12:57

Do Gruzji zawsze chciałam pojechać. Naoglądałam się zdjęć, filmów, przeczytałam mnóstwo reportaży. Każdy wraca z tego kraju zachwycony.
Dziękuję za piękną i pełną emocji relację.
Widoki przepiękne, takie jak lubię. Wspaniała podróż i super, że udało Ci się ją odbyć. Fajnie, że się swoimi wrażeniami i odczuciami podzieliłaś.
Pozdrawiam serdecznie 🙂
Irena – Hooltaye w podróży

Anonimowy
Anonimowy
30 sierpnia 2021 15:48

Gruzja chodzi za mną od dawna, jednak ze względu na miejsce zamieszkania stała się trudniej osiągalna, niż z Europy. Niemniej miałem już we wrześniu 2019 roku zarezerwowane bilety lotnicze, a skończyło się na pobycie w szpitalu i odwołaniu całej imprezy. Potem ktoś zjadł w Wuhan nietoperza i od tego czasu granice Chin mam zamknięte. Mam nadzieję, że wreszcie się uda, a Twój tekst i zdjęcia dodatkowo ugruntowały moje przekonanie, że absolutnie warto.
Pozdrawiam serdecznie!
Matt – chimy.pl

blurppp
31 sierpnia 2021 12:02

Od lat wybieram sie do Gruzji, ale jakoś sie nie składa

Krzysiek / idziemydalej.pl
15 października 2021 13:57

W końcu kiedyś trafimy i do Gruzji. Już byłą w planach, ale wiadomo w tych czasach planowanie nie ma sensu 😉 Fajna galeria zdjęć!

koza domowa
18 października 2021 21:14

WOW, jakie wspaniałe miejsce, widoki, zdjęcia! No i historia! Jestem pod ogromnym wrażeniem! Kasia