Są miejsca na ziemi, które mimo, że zobaczone, opisane – a nawet wprost dotknięte – działają na nas niczym narkotyk. To miejsca, do których zwyczajnie chce się wrócić, a wracając sprawią, że opuściwszy je i tak pojawia się w nas poczucie jakiegoś niedosytu. Trudno się tutaj spierać, czy dzieje się to za sprawą urzekającego piękna owych lokalizacji, czy też klimatu jakim nas ujęły, czy może kultury albo spotkanych ludzi. Dla mnie, takim miejscem (wśród kilku innych – rzecz jasna) stała się Gruzja. Już w poprzednim wpisie wspomniałam Wam, że przemierzając ten kraj tzw. „Drogą wojenną” przejeżdżamy obok malowniczo położonego u zbiegu rzek Aragwi oraz Kury – jednego z najbardziej malowniczych miejsc w całej Gruzji. I tego miejsca (nie tylko ze względu na liczne „wykrzykniki” umieszczone przy nim w przewodnikach) zwyczajnie nie wypada ominąć.

Oto dziś zatrzymujemy się na nieco dłużej w jednej z najstarszych i historycznie najważniejszych miejscowości w tym kraju. Oddalona o nieco ponad 20 km od Tbilisi Mccheta – przez wieki była jedynym miejscem koronacji i pochówku kolejnych władców gruzińskich. Dziś z tej historycznej i politycznej wielkości zostało może niewiele. Jednak wciąż jest siedziba najwyższych hierarchów Gruzińskiego Apostolskiego Kościoła Prawosławnego i „Świętym Miastem” Gruzji oraz Gruzińskiego Prawosławia. To również miejsce, w którym za sprawą za sprawą świętej Apostołki – Nino, już w IV wieku naszej ery (dla przypomnienia, w Polsce dopiero w 966 roku) w Gruzji pojawiła się Nauka Chrystusa. To właśnie tutaj, w niewielkiej Mcchecie, w 337 roku stało się chrześcijaństwo religią państwową. Stąd śmiało, miejsce to nazywać można „kolebką gruzińskiego chrześcijaństwa” oraz – w jakiejś mierze – również „gruzińskiej państwowości” zbudowanej na jednoczącej liczne pogańskie plemiona Nauce Ewangelii.

Niezależnie od wyznawanego światopoglądu i bez względu na wyznawane poglądy religijne Mccheta to naprawdę obowiązkowy punkt zwiedzania Gruzji. Powodem tego są na pewno trzy fascynujące zabytki wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Pierwszy z nich to Cerkiew Dżwari pochodząca już z VI wieku. Dalej nieco młodsza, bo powstała w wieki XI Cerkiew Samtawro oraz katedra Sweti Cchoweli – również z XI wieku. Nam, ze względu na niezwykle napięty program oraz kapryśną pogodę (niepodziewany deszcz pokrzyżował nam plany) udało się odwiedzić dwa z nich. Zaczynamy zatem do górującego w Mchecie i pobudowanego z pięknego, żółtego, piaskowca monastyru Dżwari.

Wspomniany klasztor pochodzi z VI wieku, co już czyni go najstarszym i najznamienitszym spośród trzech, wymienionych wyżej, zabytków Mcchety. Mało tego, jest on także koncepcyjnym pierwowzorem oraz fundamentalnym odniesieniem architektonicznym dla naprawdę wielu gruzińskich kościołów. Warto bowiem wiedzieć, że świątynie w całej Gruzji – podobnie jak w Armenii – do dziś dnia budowane są niemal jako architektoniczne „kopie” właśnie tej świątyni. Jest to czteroabsydowa budowla cerkiewna (tzw. tetrakonchos), wewnątrz której znajduje się jedna otwarta przestrzeń z okazałym drewnianym krzyżem pośrodku.

Nadana temu niezwykle ważnemu miejscu nazwa Dżwari – oznacza tyle „Klasztor Krzyża”. Jest ona bezpośrednim nawiązaniem do początków gruzińskiego chrześcijaństwa. Bowiem już w VI wieku, na szczycie jednego ze stromych wzgórz Mcchety ustawiono duży drewniany krzyż, będący czytelnym symbolem religijnego i politycznego zwycięstwa poganami. Dla jeszcze większego podkreślenia tegoż doniosłego faktu – w tym właśnie miejscu wybudowano z czasem cerkiew, a wraz z nią monastyr.

Tak oto, historyczna świątynia Dżwari stojąc na krawędzi urwistego skalnego wzgórza dumnie góruje ponad miastem. Z lokalizacji tej rozciąga się wspaniały widok na całą górzystą okolicę, a przy dobrej widoczności na niezwykłe miejsce, w którym łączą się wody rzek: płynącej z terenów Turcji i liczącej sobie ponad 1500 km długości – Mtkwari (w innych językach nazywanej również Kurą) oraz jej prawego dopływu – rzeki Aragwi.

Opuszczając historyczne wzgórze i klasztor Dżwari – udajemy się w kierunku centrum miasta, gdzie mieści się kolejny arcyważny zabytek sakralny Gruzji – jest nim pochodząca z XI wieku katedra Sweti Cchoweli – ze względu na ilość oraz religijną wagę przechowywanych w niej od wieków pamiątek i świętych relikwii – nazywana także „Gruzińskim Watykanem”.

Świątynia ta nie tylko tym zaskakuje swych odwiedzających. Otóż widziana niejako „z góry” sprawia wrażenie naprawdę wielkiego, budzącego naturalny szacunek obiektu, jednak tuż po przejściu przez jej bramę nagle wydaje się znacznie „mniejsza”, i w niewytłumaczalny sposób „ginie” jej majestatyczna surowość. Kolejne zaskoczenie czeka nas wchodzących już u samego jego wejścia. Otóż kobiety, które przestępują progi katedry Sweti Cchoweli, powinny mieć na sobie bezwzględnie, tzw. „odpowiedni strój” – mianowicie zakrytą głowę oraz spódnicę (Tak! W innych miejscach sakralnych kolana kobiet mogą być ukryte po prostu w spodniach, tu jednak konieczna jest długa, sięgająca kostek spódnica lub coś, co ją przypomina). Trzecie zaskoczenie – płynie już z samego serca świątyni, z jej sacrum. Skryte niejako w półmroku wnętrze katedry „onieśmiela” nawet niewierzących; onieśmiela, ale nie przytłacza. Jak w każdym takim miejscu – zawsze jest tu dużo ludzi… dużo turystów, dużo mieszkańców i jeszcze więcej przychodzących tutaj „po nadzieję”.

Niewielkie grupki zwiedzających stoją w ciszy wokół przewodników opowiadających niezwykłą historię tego świętego miejsca, inni zaś w tym czasie palą niewielkie woskowe świeczki, jeszcze inni (niekoniecznie nawet wyznawcy gruzińskiego prawosławia) po prostu modlą się, a jeszcze inni – dosłownie nieruchomieją zatopieni w medytacji przed świętymi obrazami. Ale, dla przeciwwagi, również i tutaj da się spotkać także rozmawiających i śmiejących się, a także tych, którzy co dzień o tę świątynię dbają i ją sprzątają. Na naszych oczach np. jedna z kobiet wytrwale myje nagrobek Wachtanga Gorgasali – króla Kartlii, który przeniósł stolicę z Mcchety do Tbilisi i czyni to z takim zaangażowaniem, jakby była to jej modlitwa. Jedno jest pewne – w tym miejscu, w tej zamkniętej kamiennymi murami świętej przestrzeni, po prostu, dosłownie czuć sacrum; tu ma się Boga (niezależnie od tego jaką się religię wyznaje) na wyciągnięcie ręki.

Nawiedzając to miejsce warto wiedzieć, że Sweti Cchoweli – w wolnym tłumaczeniu – znaczy tyle, co „Filar Życia”. Albowiem – jak głosi gruzińska pobożna legenda – miejsce wybudowania odwiedzanej przez nas tej katedralnej świątyni – „Matki” wszystkich cerkwi w Gruzji – wskazała osobiście Czcigodna Apostołka i Patronka całej Georgii – św. Nino.

Zdążyło się bowiem, że Żyd rodem z Mcchety chciał uratować przed Piłatem skazanego na śmierć Jezusa, jednak nie zdążył dotrzeć do Palestyny na czas. Zrozpaczonemu tym faktem wyznawcy judaizmu udało się jednak odkupić szatę Jezusa – jego tunikę – którą po powrocie podarował swej siostrze Sydonii. Jak głosi dalej legenda kobieta ta zmarła, otulona właśnie w tę szatę i z nią została pochowana. Na miejscu jej pochówku wyrósł potężny, rozłożysty cedr. Znając niezwykłą wartość „relikwii szaty Jezusa” św. Nino zapragnęła, żeby w tym miejscu powstała okazała świątynia. Z pnia owego cedru powstała kolumna – ów „Filar Życia” – z którego to przez wieki sączył się „życiodajny sok”. Według tej prastarej, choć wciąż niezwykle żywej legendy, szata Jezusa nadal jest ukryta pod posadzką świątyni…

Myślę, że właśnie to przekonanie, i ta nadzieja decydują najbardziej o wyjątkowości Sweti Cchoweli, którą (nawet nie znając tej świętej legendy) zwyczajnie się czuje.

Wracając z katedry Sweti Cchoweli mijamy liczne kramy dosłownie „ze wszystkim” oraz małe sklepiki z lokalnymi pamiątkami. Zwłaszcza z charakterystyczną dla Mcchety wysokiej jakości gruzińską biżuterią z emaliowanego srebra, zwanego minankari. Tu też można kupić osławione churchele (ponoć najsmaczniejsze w całej Gruzji), czyli owoce zanurzone w winogronowym zastygłym syropie. Można też wypić niezwykle mocną i aromatyczną tzw. kawę „z piasku”. A dla ochłody spróbować lodów o smaku najprawdziwszego czerwonego gruzińskiego wina. Jak kiedyś tam będziecie – polecam suhoje, czyli te wytrawne – ambrozja i niebo w gębie w jednym! Naprawdę! Wbrew pozorom nie są zbyt słodkie, aksamitne i mocno, mocno winogronowe.

zdjęcia wykonałam w lipcu 2021 r.


Chcesz zobaczyć więcej Gruzji zajrzyj też tutaj:

Gamardżobat Sakartwelo! cz. 1

Gamardżobat … cz. 2 – Gruzińska Droga Wojenna

Gamardżobat … cz. 4 – w regionie Dżawachetii

Subskrybuj
Powiadom o
guest
23 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
czerwona filiżanka
11 września 2021 08:42

Fajnie mieć takie miejsca do których chce sie wracać:)

Paulina K.
11 września 2021 10:23

Jest się czym zachwycić, chętnie zobaczę to miejsce na żywo.

Paulina K.
Reply to  Ola
14 października 2021 13:49

Akurat właśnie przez pandemię zrezygnowałam z wyjazdów za granicę.

Amber
11 września 2021 15:44

Bardzo ciekawy wpis. Nigdy nie byłam w Gruzji…

Martyna K.
11 września 2021 20:59

O Gruzji na razie tylko czytam. Może kiedyś uda się tam dotrzeć.

jamaska.pl
12 września 2021 13:20

Gruzja wydaje mi się intrygująca, ale mój mąż boi się "tego całego wschodu" i póki co poprzestajemy na "bardziej cywilizowanej" Europie. Ja lubię takie magiczne miejsca, w kótrych czuje się na każdym kroku historię, może kiedyś sama się wybiorę.

Paulina K.
13 września 2021 21:06

Nie przepadam za tłumami, ale właśnie z powodu pandemii wyeliminowałam wycieczki zagraniczne.

krystynabozenna
14 października 2021 09:47

Bardzo ciekawe miejsce i piękne zdjęcia, chętnie takie odwiedzam 🙂

Bookendorfina
14 października 2021 11:48

Mam kilka takich miejsc, do których wracam z wielkim drżeniem, przemawiają do mnie, czuję się jakby przenosiła się w czasie, a może nawet do równoległego świata. 🙂

Tomek P.
Tomek P.
18 października 2021 19:20

Ooo tak… piękny kraj! Marzę o nim. Jest bezpiecznie?

TosiMama
TosiMama
30 października 2021 09:12

Bardzo ładne miejsca. Na pewno warte zobaczenia!

Karolina
Karolina
2 listopada 2021 12:15

Zapraszam do grupy BLOGERZY W SIECI, gdzie można promować swoje blogi https://www.facebook.com/groups/2578124759169911

Nika
14 listopada 2021 14:32

Przeczytałam całą relację z gruzińskiej wyprawy i poczułam się taka maleńka. Jak to jest, że przemijamy, a zostają budowle, w które wryła się modlitwa. Zostają góry, które pamiętają czasy sprzed narodzin człowieka. Że zostaje ta energia, która jakoś krąży i nasyca krajobraz. Niesamowite. Rzewnie mi się zrobiło, kiedy oglądałam zdjęcia mrocznych kościołów, surowych kamieni i tego surowego nieba. Piękne!