No, i stało się! Kolejna europejska stolica zdobyta! Choć, myślę że uczciwiej byłoby powiedzieć, iż to Lizbona „zdobyła” mnie, bo już od pierwszych chwil tam spędzonych trafiła na listę moich ulubionych miejsc. W głębi serca, już podczas pierwszego pobytu w tym urokliwym miejscu – w 2010 r. – wiedziałam, że z pewnością kiedyś tu wrócę. Udało się dopiero po siedmiu latach, ale to też nie jest – mam przynajmniej taką nadzieję – ostatni raz. Zapewne dlatego, że jest to miasto, którego się nie „zwiedza” – a takie właśnie uwielbiam. Po Lizbonie się bowiem spaceruje, w Lizbonie chłonie się jej klimat, w Lizbonie – wreszcie – próbuje się dosłownie nasycić jej atmosferą. Wszak Lizbona – to bardziej „stan ducha”, niż geograficzne miejsce – jeśli wierzyć tym, którzy zostawili swe serce w portugalskiej stolicy. Na to wszystko jednak potrzeba spokojnego, najlepiej własnego tempa – i nade wszystko trochę czasu. Ponoć tydzień to absolutne minimum. Wszystko po to, żeby się w nią solidnie „wgryźć”, a potem dosłownie „delektować” – niczym niepowtarzalnym słodkim, portugalskim winem. Choć, przyznam, że będąc właściwie nastawionym i dobrze przygotowanym – w Lizbonie można się zakochać już po jednym – dwóch dniach. Tak, jak było to w moim przypadku.
Niegdyś, za czasów rzymskich – jeszcze w starożytności – Portugalia była traktowana jako absolutny „koniec świata”. Jednak i dzisiaj, kiedy bez większych problemów można w ciągu 3 – 4 godzin dostać się tutaj, niemal z każdego miejsca w Europie, nadal jest odległym zakątkiem kontynentu; zakątkiem dużo mniej popularnym od hiszpańskich czy włoskich destynacji. A jednak, to położone – podobnie jak Rzym – na siedmiu wzgórzach urocze miasto ma niesamowicie dużo do zaoferowania przybywającym tutaj turystom. Lizbona pod względem zajmowanej powierzchni jest kilkakrotnie mniejsza od piastowskiego Wrocławia, a jej granice są ściśle określone. Otóż portugalska stolica wraz z sąsiadującymi miastami i gminami tworzy tzw. „Grande Lisboa”, czyli Obszar Metropolitalny Lizbony, w skład którego wchodzi m.in. Sintra, Cascais, Palmela czy Setúbal. 

I, właśnie, ów Setúbal był miejscem, od którego – tym razem – rozpoczęłam swoją „portugalską przygodę” i wizytę w Lizbonie. Korzystając z tego, iż jestem na drugim brzegu rzeki Tag, zaczynam wędrówkę od Almady, a dokładnie od górującej dumnie nad miastem – monumentalnej figury Chrystusa, przywołującej niemal natychmiast skojarzenia ze słynnym pomnikiem Chrystusa Odkupiciela na Corcovado w brazylijskim Rio de Janeiro. Cristo Rei – część Santuário Nacional de Cristo Rei – mierzy 110 metrów wysokości! Składa się nań 82 metry tzw. podstawy, wewnątrz której znajduje się kaplica oraz 28 metrów samego już pomnika. Nie tylko z tarasu widokowego, ale i z samego podnóża figury Chrystusa, podziwiać można roztaczającą się malowniczo przepiękną panoramę Lizbony. Właśnie z Almady najpiękniej wygląda kolejna atrakcja. Jest nią “czerwony most” – to jednak nie Golden Gate w San Francisco, ani nawet jego kopia, a zjawiskowy Ponte 25 de Abril (Most 25 kwietnia) początkowo nazwany Mostem Salazara – a więc imieniem portugalskiego dyktatora, który niegdyś rozpoczął jego budowę. Nazwa ta została jednak szybko zmieniona. Aktualnie obowiązująca nazwa upamiętnia tzw. „Rewolucję goździków” z dnia 25 kwietnia 1974 roku, obalającą dyktaturę w Portugalii. Jest to pierwszy most, który w 1966 roku połączył oba brzegi Rio Tejo (Tagu). A skoro już mowa o mostach, to na drugą stronę rzeki można przedostać się również przez most. Tym razem jest to zapierający dech w piersiach Most Vasco da Gama – najdłuższy most w całej Europie. Liczy sobie bagatela 17,2 km. Jego budowę rozpoczęto na początku lat 90. ubiegłego stulecia, a oddany został do użytku podczas targów „Expo” w 1998 roku, oferując sześć pasów ruchu w jedną stronę, które mogą być z łatwością powiększone aż do ośmiu – w przypadku dużego natężenia ruchu. Korzystając z okazji przejeżdżam tym właśnie mostem i już oczyma wyobraźni, dosłownie „zatapiam” się w urokliwych uliczkach jakże klimatycznej Lizbony. 

Na początek Belém – według niektórych najpiękniejsza dzielnica stolicy Portugalii – a wraz nią wszystkie tamtejsze atrakcje. Pierwsza to bez wątpienia Pomnik Odkrywców, najbardziej charakterystyczny symbol miasta. Prowizoryczna konstrukcja została zbudowana w 1940 na portugalską wystawę światową. W obecnej wersji pomnik został odsłonięty w 1960, dokładnie w pięćsetną rocznicę śmierci księcia Henryka Żeglarza. Przedstawia on sylwetki wielkich podróżników z okresu ważnych odkryć geograficznych, między innymi Vasco da Gamę czy Ferdynanda Magellana. Przed pomnikiem zaś oczy turystów zachwyca mozaika przedstawiająca wyprawy innych portugalskich żeglarzy. Idąc wzdłuż Tagu, w kierunku jego ujścia, mijam pomnik samolotu Santa Cruz, na którym argentyńscy piloci – w 1922 roku – jako pierwsi przelecieli trasę Lizbona – Rio de Janeiro i dochodzę do Torre de Belém – jedynej zachowanej w całości budowli militarnej w stylu manuelińskim – pełniącej rolę więzienia. Warto wiedzieć, że w miejscu tym osadzony był, m.in. gen. Józef Bem. Zarówno przy pomniku, jak i przy wieży, zawsze kłębi się tłum turystów, ale mam wrażenie, że w porównaniu z tym, co zobaczę za moment, to i tak jest tu niemal pusto. Dalej bowiem jest Mosteiro dos Jeronimos – zespół klasztorny zbudowany w XVI wieku w stylu manuelińskim z grobem Vasco da Gamy, a dalej najstarsza cukiernia  Pastéis de Belém. 

Na ruinach Lizbony, zniszczonej trzęsieniem ziemi w 1755 roku, markiz de Pombal stworzył całkowicie nowe „centrum”. Połączył, mianowicie, monumentalny Praça do Comércio nad Tagiem z tętniącym życiem Placem Rossio. Wzdłuż ulic, nazwanych od tutejszych sklepikarzy i rzemieślników, pojawiły się charakterystyczne – klasycystyczne zabudowania. Tak, oto, prezentuje się nam kolejna dzielnica, którą w portugalskiej stolicy trzeba poznać. Nosi nazwę Baixa i oznacza Dolne Miasto. Jak dawniej, tak i dziś, nadal pełni funkcję handlowego i finansowego centrum stolicy. Usiana rozmaitymi atrakcjami turystycznymi Rua Augusta – to najsłynniejsza ulica tej dzielnicy, jeśli nie całej Lizbony. Ten główny deptak miasta liczy sobie ponad 550 metrów długości i jest całkowicie zamknięty dla ruchu samochodowego. Podobnie, jak cała dzielnica Baixa, również ta ulica została odbudowana po trzęsieniu ziemi z 1755 praktycznie od zera. Będąc tu warto wjechać na górną stację windy Santa Justa, skąd mamy już bezpośredni dostęp do zniszczonego przez wspomniany kataklizm – i do dziś nieodbudowanego – Klasztoru Karmelitów (Convento do Carmo). Wielu turystów, niczym magnes, przyciąga ruina tej gotyckiej budowli, z której to dachu zachowały się jedynie strzeliste łuki. W absydzie natomiast (której dach, na szczęście, ocalał) znajduje się malutkie muzeum archeologiczne.  

Rua Augusta pełna jest restauracyjnych ogródków oferujących kuchnie z całego świata skutecznie kuszących rozmaitymi zapachami i smakami. Niestety, jak łatwo można przewidzieć, ceny w takiej lokalizacji – również są iście „światowe”. Na szczęście niedaleko, tuż przy Rua da Conceição trafiam na maleńką knajpkę „Pizzeria Romana al Taglio”, a w niej przepyszną pizzę sprzedawaną, na szczęście, w małych kawałkach. Wariant ten umożliwia nacieszenie się wielością pomysłów i smaków – bo przyznam, że wybór tylko jednej tzw. „pełnowymiarowej” pizzy byłby naprawdę bardzo trudny.  

Następnym wspaniałym miejscem na długie spacery po Lizbonie jest dzielnica Alfama – prawdziwa „ikona” stolicy Portugalii. Po Alfamie najlepiej oczywiście podróżować pieszo, ale warto także wsiąść do tramwaju nr 28. Ten żółty wagonik – to również swoisty symbol Lizbony i ciekawostka turystyczna, ale i zwyczajnie codzienny środek transportu dla wielu mieszkańców. Jego trasa biegnie przez kilka dzielnic, ale najwięcej emocji dostarcza jazda właśnie po Alfamie, gdy tramwaj pnie się niewiarygodnie ostro pod górę, po ciasnych uliczkach pełnych gwałtownych zakrętów. To właśnie tu, w miejscu dawnego meczetu znajduje się  – czyli Katedra Najświętszej Maryi Panny, jak brzmi pełna nazwa tej głównej lizbońskiej świątyni rzymskokatolickiej. Jej surowe wnętrze urzeka prostotą, ale kryje też wiele niespodzianek – m.in. gotyckie krużganki, piękny barokowy ołtarz oraz chrzcielnicę, gdzie wg tradycji ochrzczony został św. Antoni z Padwy. Bo warto wiedzieć, że choć wspomniany tu święty nosi przydomek Padewski, to wcale nie pochodzi z Włoch, ale właśnie stąd – z Lizbony. Zapewne dlatego też jest ukochanym świętym i dumą wszystkich mieszkańców portugalskiej stolicy. Będąc tu można a nawet należy, choćby na chwilę, zajrzeć do znajdującego się tuż obok katedry kościoła św. Antoniego – wzniesionego w miejscu jego urodzenia. Jednak, przede wszystkim, to w jednej tylko Alfamie możemy podziwiać dosłownie całe miasto z cudownych tarasów widokowych, wśród których jest „mój” (i nie tylko mój) ulubiony, mianowicie: Miradouro das Portas do Sol, chyba najbardziej też oblegany przez turystów. Ale nie ma się co dziwić, bo widoki są, po prostu, przepiękne. 

Na koniec chciałabym zachęcić wszystkich spacerujących po ulicach Lizbony, aby zechcieli zajrzeć w jeszcze jedno szczególne miejsce. Kościół Dominikanów (Igreja de São Domingos) – bo o nim myślę – to kolejny wyjątkowy obiekt. Mówi się, że był to jeden z najwspanialszych i najbardziej wyniosłych kościołów Lizbony – zbudowanych już po trzęsieniu ziemi, z połowy XVIII wieku. Jednak nie tylko w tym ujawnia się owa jego wyjątkowość. Otóż, 13 sierpnia 1959 roku w świątyni tej wybuchł groźny pożar – od palących się świec błyskawicznie zapalił się i praktycznie spłonął cały drewniany wystrój kościoła. Zniszczeniu uległy, m.in. dekoracje ścienne, misterne wyposażenie wnętrza oraz bogato zdobione kaplice. Całkowicie zapadło się również sklepienie, a na ratujących płonące wnętrze strażaków zawalił się drewniany chór. W wyniku tego tragicznego zdarzenia straciło życie dwóch ludzi. Zniszczona budowla sakralna przez długie lata stała zamknięta. Ponownie otwarto ją dla sprawowania kultu oraz zwiedzających dopiero w 1997 roku, mimo, iż świątynia nie przeszła jeszcze całkowitego remontu. Na dzień dzisiejszy odrestaurowano jedynie strawione przez pożogę sklepienie. Tymczasem, potwornie zniszczone ogniem wnętrze, wygląda jakby dopiero chwilę temu ukończono je gasić. Kontrast ten pokazuje dopiero, jak wielka tragedia się tam dokonała. Obecnie, w kościele tym – w ciągu dnia – odprawianych jest, paradoksalnie, najwięcej Mszy św. spośród wszystkich świątyń w całej Lizbonie. I tak, oto, dobiegł końca mój sentymentalny, lizboński spacer.  Ale może jeszcze kiedyś tu wrócę…

zdjęcia wykonałam w sierpniu 2010 r. oraz we wrześniu 2017 r. 

Subskrybuj
Powiadom o
guest
26 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Szczęśliwa Siódemka
27 lipca 2019 08:37

Marzę o odwiedzeniu tej stolicy, i o przejażdżce żółtym tramwajem… 🙂 Lizbona to jeden z pierwszych punktów na liście moich marzeń 🙂

xkarciiax by Karolina Goebel
27 lipca 2019 11:13

Marzy mi się pojechać kiedyś do Lizbony 😉

Anonimowy
Anonimowy
27 lipca 2019 11:18

To jedna z niewielu europejskich stolic, w których nie byłam.
Czytałam wiele relacji,oglądałam zdjęcia i ciągnie mnie tam bardzo.
Może nie jest na końcu świata,ale jakoś ciągle mi nie po drodze.
Bardzo atrakcyjne maisto,pięknie położone z wieloma zabytkami.
Pozdrowienia!
Irena-Hooltaye w podróży

Ann
Ann
27 lipca 2019 23:21

Lizbona to piękne rejony 🙂

TosiMama
30 lipca 2019 22:17

Piękne, warte zobaczenia miasto!

Aneta Kowalska
31 lipca 2019 10:14

Mam nadzieję że kiedyś tam pojadę

Magdalena Owczarek
1 sierpnia 2019 14:34

Mam nadzieję, że uda mi się odwiedzić to miejsce. Ale najpierw muszę zaliczyć Hiszpanię 🙂

FotoWojaże
1 sierpnia 2019 16:51

Te żółte, stare tramwaje to symbol miasta sam w sobie. Tak jak kiedyś np. żółte autobusy na Malcie.

karolina.miller
1 sierpnia 2019 23:44

Z Lizbona jak i cała Portugalią mam związane wspaniale wspomnienia! A Lizbona zawsze mi się będzie kojarzyć z Fado I pieknymi punktami widokowymi🙂

https://norwegiairesztaświata.pl
13 sierpnia 2019 18:00

Bardzo wyczerpujący wpis 🙂 Lizbona bardzo mam się podobał ale byliy tam zdecydowanie za krótko. M nadzieję wrócić tam jeszcze raz i tym razem na dłużej 🙂

Miłość Mamy
3 września 2019 14:33

Dopisuje do listy miejsc wartych zobaczenia!

Zmora
3 grudnia 2019 10:56

Piękne te Twoje podróże. Miło się czyta i ogląda fotografie. Szczerze mówiąc na mnie Lizbona nie wywarła wrażenia. Może dlatego, że byłam tam w trzecim miesiącu ciąży i nie czułam się najlepiej. Ale również lubię podróżować i z pewnością chętnie będę wymieniać się wrażeniami.

Irek
2 listopada 2021 08:31

Z jedna tezą bym długo polemizował. Dla mnie to jednak najładniejsza jest Alfama kolei Belém mnie nudzi