Dokładnie piętnaście lat temu, po dwóch wakacyjnych tygodniach spędzonych nad zimnym polskim morzem – w nieustającym deszczu i chłodzie – stwierdziłam stanowczo, że może jednak warto zaryzykować i jeszcze gdzieś trochę się wygrzać, a może i opalić 🙂 Przyznać muszę, że był to pierwszy raz kiedy skorzystałam z oferty typu “last minute” i całkowicie zdałam się na propozycję pani z biura podróży. Mahdia – nic nie mówiąca mi nazwa dopiero rozwijającej się tunezyjskiej miejscowości – to cel mojej podróży w nieznane. 
A jako, że nawet to co „nieznane” – lubię choć trochę poznać przed wyjazdem – spróbowałam czegoś na ten temat poszukać w Internecie. Jednak – ku mojemu zaskoczeniu – niewiele można było wówczas o tym miejscu znaleźć. Niewiele jednak – wcale nie znaczy: nic!

Otóż – muzułmańska Al-Mahdijja została założona w roku 921 przez kalifa Ubajd Allaha al-Mahdiego z dynastii Fatymidów i uczyniona stolicą Ifrikijji, ze względu na dostęp do morza i położenie na cyplu, który już od czasów Fenicjan pełnił ważną rolę militarną i był przez wieki nazywany „palcem wskazującym morze” Najstarsza część miasta – własnie ta położona na wąskim, wysuniętym w morze półwyspie – to rzymskie miasto Aphrodisium, później Africa; na współczesnych mapach cypel nosi nazwę Ras Ifrikijja (Cap Afrique).

Mahdia ma bowiem, co najmniej, różne „dwa oblicza”. Najpierw oczom turystów rzucają się w oczy nieliczne hotele usytuowane bezpośrednio przy urokliwej plaży – szerokiej, piaszczystej, z łagodnym wejściem do morza; podobno jednej z najpiękniejszej w Tunezji. Stąd zapaleni „plażowicze” mają tu znakomite perspektywy, aby właśnie w Mahdii spędzić swoje „wakacje marzeń”, korzystając przy tym z oferowanych przez hotele rozmaitych rozrywek, nurkując w głębiach lazurowej wody czy beztrosko relaksując się w centrum talasoterapii. I owszem – śmiało można powiedzieć, że naprawdę przez tydzień w hotelu nie można się tutaj nudzić. Ale mnie jednak najbardziej ciągnie w to, co w Mahdii nie koniecznie „eksportowe” i jakoś trochę dla hotelowych gości nawet „ukryte” a przez to, dla wielu też „nieznane”. 

Po przejściu przez hotelowe szlabany nadmorską promenadą dochodzę do zabytkowej mediny (starej dzielnicy arabskich miast z bazarami, głównym meczetem, innymi ważnymi budynkami) przywołującej na myśl jej niezwykłe początki. Wchodzimy przez Skifa El Kahla (czyli Czarna Brama) Niegdyś było to przepiękne wejście do prawdziwej cytadeli, na terenie której przebywać mógł tylko dwór dostojnego kalifa fatymidzkiego – obecnie to już tylko około 20 może 25 metrowe łukowe przejście, na kształt tunelu, w którym stoi kilku handlarzy, a turyści i miejscowi przysiadając dla ochłody na kamiennych progach chronią się od słońca i upału. Obok, w wyraźnie nowym budynku mieści się miejskie muzeum. To właśnie tutaj, w medinie przeżywam pierwsze zdumienie religią i kulturą islamską (W islamie bowiem nie ma klasycznego dla kultury europejskiej podziału na tzw. sacrum i profanum – islamem jest po prostu wszystko!) – spacerując gorącym popołudniem wąskimi uliczkami starej części miasta – słyszę z jednego z minaretów głośne i przeciągające się nawoływanie muezina do kolejnej tego dnia modlitwy. Wówczas dzieje się coś dla Europejczyka przedziwnego! Otóż w jednej chwili, nagle, zewsząd wszyscy wybiegają w kierunku pobliskiego meczetu, pozostawiając zupełnie otwarte sklepy, niezabezpieczone kramy i stragany. W tym momencie na ulicach i przy pustych straganach zostają tylko nieco zdezorientowani turyści (zwłaszcza ci, którzy pierwszy raz są w kraju, gdzie jedyną lub dominującą religia jest islam), którzy – podobnie jak ja – zdumieni całą sytuacją – pytają co się dzieje? Hmm! Najwyraźniej tym razem zakupów raczej nie zrobimy. Nie pozostaje więc nic innego – jak iść dalej. Ale tu jeszcze wrócimy, choćby po to tylko, by na Placu Kairskim wypić kawę i zjeść przepyszne ultrasłodkie ciasteczka.

W Mahdii jest kilka meczetów, ale szczególny jest Wielki Meczet Hadża Mustafy Hamzy – skromna, monumentalna, pozbawiona tradycyjnych minaretów, bardziej przypominająca twierdzę niż świątynię. Na placu przed wejściem chłopcy grają w piłkę, na schodach zbierają się kobiety, a mężczyźni zmierzają do środka na modlitwę. Zostawiając za sobą meczet, idąc wzdłuż wybrzeża dochodzimy do Borj el Kebir, zwanego także Kasbah, to jest do twierdzy zbudowanej pod koniec XVI wieku na miejscu dawnego pałacu Fatimidów. Wg przewodników jest uważany za jeden z najlepszych okazów architektury wojskowej osmańskiej. Z tarasu roztacza się piękny widok na wierzchołek cypla, na pozostałości fortyfikacji oraz na malowniczo usytuowany wielki muzułmański cmentarz schodzący aż do morza. 

Mahdia, dawniej osada rybacka, to obecnie również duży port, dzięki czemu w portowych knajpkach można spróbować owoców morza oraz makreli, sardynek lub sardeli żyjących w okolicznych wodach. Ja jednak decyduję się na coś mocno lokalnego – brik z ciasta malsouqa czyli zapiekany pieróg nadziewany w najrozmaitszy sposób rybami, owocami morza, grzybami lub warzywami, jagnięciną oraz jajkiem. Pieróg smażony jest w głębokim tłuszczu, ale trwa to tak krótko, że jajko często jest płynne. Oczywiście istotnym składnikiem są przyprawy, w tym ta najważniejsza i najpopularniejsza z nich – harissa (bardzo ostra pasta, w której skład wchodzą: papryka, czosnek, kolendra, mięta i oliwa. Można dodawać do niej także pomidory). Zamawiając nie przypuszczałam, że jest ona tak ostra i nie mogłam zrozumieć dlaczego sprzedawca dziwi się, że chcemy “picante”.

Jak widać historia znów zatoczyła jakieś koło. Oto, dokładnie po 15 latach, znów późną nocą ląduję w upalnym Monastyrze, a po godzinie spędzonej w klimatyzowanym autobusie jestem w hotelu w Mahdii. Mimo iż podróż trwa nocą, przez szyby autokaru, widzę – w blasku majaczących ulicznych latarni – jak bardzo się rozwinęło to miasto. 

Gdy nastał dzień ujrzałam jeszcze bardziej nowe oblicze „mojej” dawnej Mahdii. Jak przysłowiowe „grzyby po deszczu” pojawiły się tutaj nowe hotele, w tym ten najpiękniejszy będący (zdaniem lokalnych taksówkarzy) dumą całego miasta – majestatycznie górujący nad innymi: pięciogwiazdkowy Iberostar Selection Royal El Mansour. Widzę także zupełnie nowe sklepy i niemal na każdym rogu liczne kafejki. W centrum – w porównaniu do moich ubiegłych odwiedzin – niewiele już widać trwających latami, tzw. wiecznie „niedokończonych budów” (to taka arabska metoda unikania płacenia podatków – parter i piętro wykończone i od lat już zamieszkałe, a na wyższych kondygnacjach wciąż – „teoretycznie” – trwa jeszcze budowa). Jest także, jakby czyściej, czasem wręcz sterylnie, i chyba ze względów na naprawdę licznych turystów, jakby bardziej „europejsko”. Również w tzw. „strefie turystycznej” widać zdecydowanie więcej sklepów – wręcz marketów – z precyzyjnie ustalonymi cenami, gdzie nie trzeba się już targować, gdzie można śmiało za wszystko płacić kartą, a i kupić można taniej, niż na bazarze. Jednak już tam, gdzie leniwy nastawiony tylko na „plażing” turysta niezbyt często dociera nadal – dzięki Bogu – jest po prostu „tunezyjsko”. Nadal soczyste, choć najeżone kolcami opuncje zastępują ogrodzenia posesji, a mężczyźni beztrosko siedzą na plastikowych krzesłach, gdzie w swoich ulubionych „kawiarniach” pijąc jaśminową herbatę i paląc sziszę – omawiają swoje ważne tematy, albo wspólnie oglądają futbol w telewizji. Ten sielski i nacechowany, wciąż niepojętym dla Europejczyka, spokojem klimat i beztroskę mącą jedynie bezpańskie psy i koty biegające pośród dosłownie stert walających się niemal wszędzie za posesjami śmieci. Ten przygnębiający widok przypomina mi sparaliżowane „strajkiem śmieciarzy” Włochy, kiedy w pamiętnym 2010 roku, dosłownie tony śmieci zalegały ulice Neapolu oraz wielu innych miast słonecznej Italii. Niestety, problem – jak się okazuje – wszędzie (tak, w Europie, jak i w Afryce) jest ten sam – pieniądze.

Tak jest we wszystkich popularnych wypoczynkowych lokalizacjach, warto pamiętać, że teren hoteli czy tzw. stref turystycznych niewiele ma wspólnego z codziennością mieszkańców. Problem w tym tylko, że – w gruncie rzeczy – hotele, baseny i kąpiele w słońcu, w całym świecie, bywają w wielu miejscach naprawdę podobne. Różne jest na szczęście ludzkie życie i kultura, różna sztuka i różny, a przez to arcyciekawy jest także sam człowiek. Jaka jest prawdziwa Tunezja? Najlepiej się samemu o tym przekonać.

zdjęcia wykonałam w sierpniu 2019 r. 

Subskrybuj
Powiadom o
guest
17 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Ania i Tomek
28 sierpnia 2019 20:46

Bardzo ciekawe zdjęcia. Ja Tunezję też odwiedziłam jako pierwsze wakacje w nieznane 🙂

Anonimowy
Anonimowy
29 sierpnia 2019 17:18

Tunezja nie moja bajka, choc moze w przyszlosci zrobie drugie podejscie…izis88

Michał Golla
29 sierpnia 2019 17:29

Najbardziej podoba mi się podsumowanie.
Wybierając się gdzieś z biurem, zobaczymy teatr kukiełek dla turystów

AnWuWu
1 września 2019 07:27

Wnikliwy opis. Ciekawe zdjęcia. Dużo się dowiedziałam. Dzięki!

modowa liloo
1 września 2019 11:56

Fantastyczna fotorelacja i opis, bajkowe miejsca :)))

Więcej niż efekt
1 września 2019 23:26

Wow, ależ ekstra fotorelacja:)

Dorota
5 września 2019 19:12

Super opis, dziękuję, jestem po pierwszej wizycie w Mahdii i szykuję się do kolejnej, więc info jak najbardziej na czasie 🙂

createyourtravel
12 listopada 2019 17:20

Tunezja na chwilę obecną, jakoś szczególnie nie przyciąga mojej uwagi. Trzeba jednak przyznać, że ma swój klimat, a opis miejsca napisany jest na prawdę ciekawie. Pozdrawiam.

Irena i Marek
20 lipca 2020 13:34

Byłam w Tunezji sporo lat temu.
Fajnie oddałaś tamtejsze klimaty. Pojechałam wtedy z biura podróży, pierwszy i ostatni raz. Za bramą hotelu, gdzie malowano trawę i robiono mikołaje i choinki dla turystów (był sylwester), zobaczyłam inny świat, to było moje pierwsze zetknięcie z tak niesamowita bieda i brudem.Nie znałam jeszcze Azji.
Najlepiej samemu pojechać i się przekonać.
Pozdrawiam!
Irena-Hooltaye w podróży