W Londynie po raz pierwszy byłam jeszcze w ubiegłym wieku. Od tamtej pory wiele się zmieniło – zarówno w mieście, jak i u mnie – ale jedno pozostało bez zmian: pozytywne wspomnienia, które do dziś wywołują uśmiech na twarzy. Dlatego kiedy w gronie znajomych zaczęliśmy rozważać szybki, weekendowy wypad, to właśnie stolica Anglii przyszła mi na myśl jako pierwsza.
Dodatkowym argumentem było to, że mój syn właśnie pisał pracę magisterską o Royal tourism, więc mieliśmy ze sobą prawdziwego pasjonata i dosłownie przewodnika w gratisie. Idealna kombinacja: podróż, relaks, zwiedzanie i solidna dawka królewskich ciekawostek.
Z lotniska do centrum Londynu dostaliśmy się ekspresowo Elizabeth Line – komfortowo, nowocześnie i bez zbędnych przesiadek. Już po chwili staliśmy w samym sercu miasta, gotowi chłonąć atmosferę i nadrabiać zaległości z dawnych lat. Większość czasu spędziliśmy na nogach, co w takim mieście jak Londyn jest najlepszym sposobem na zwiedzanie. Pogoda nam sprzyjała – słońce, błękitne niebo i ani kropli deszczu, podczas gdy wtedy w Polsce przez cały weekend lało. Los chyba wiedział, że zasłużyliśmy na tę odrobinę słońca. Zobaczyliśmy wszystko, co trzeba: Big Ben, London Eye, Buckingham Palace, Westminster Abbey, Tower Bridge.
Nie mogliśmy też pominąć British Museum – miejsca, które powinno znaleźć się na liście każdego, kto odwiedza Londyn po raz pierwszy (i każdy kolejny). Imponujące, a przy tym dostępne – wstęp jest darmowy, co w przypadku takiej kolekcji naprawdę robi wrażenie. Kamień z Rosetty, egipskie mumie, greckie rzeźby i eksponaty z każdego zakątka świata – to wszystko pod jednym, monumentalnym dachem. Z łatwością można tam spędzić cały dzień, ale nawet krótka wizyta pozwala poczuć, jak wiele kultur i epok spotyka się w tym jednym miejscu.
Ale Londyn to nie tylko zabytki i historia. Tak się złożyło, że większość naszej ekipy to fani LEGO, więc obowiązkowym punktem programu była wizyta w ogromnym sklepie LEGO na Leicester Square. Dla dużych i małych dzieci – prawdziwa gratka! Gigantyczne modele, limitowane zestawy i uśmiechy od ucha do ucha. Nie mogliśmy też pominąć wizyty w Harrodsie po to, by nacieszyć oczy luksusem i poczuć klimat tego legendarnego domu towarowego. Krótka przerwa na kawę w eleganckiej kawiarni była idealnym momentem, by złapać oddech między kolejnymi punktami naszej wycieczki. Na kolację – klasyka gatunku, może nie najlżejsza, ale jak być w Londynie i nie zjeść fish and chips? Chrupiąca ryba, złociste frytki i angielskie piwo – prosto, pysznie i z prawdziwie brytyjskim klimatem.
Po intensywnym zwiedzaniu Londynu postanowiliśmy zrobić małą zmianę tempa i wybrać się na jednodniowy wypad do Windsoru – miejsca, które od dawna znajdowało się na mojej podróżniczej liście. A skoro w naszej ekipie mieliśmy eksperta od monarchii, to nie było lepszej okazji, żeby zobaczyć Windsor Castle na własne oczy i posłuchać kilku naprawdę ciekawych historii.
Podróż z centrum Londynu była wyjątkowo komfortowa – bezpośredni pociąg, wygodne miejsca i po około 40 minutach byliśmy już na miejscu. Stacja Windsor & Eton Riverside przywitała nas uroczym, małomiasteczkowym klimatem, który od razu zapowiadał zupełnie inny rytm dnia niż ten londyński zgiełk. W oczekiwaniu na godzinę wejścia do zamku wybraliśmy się na spacer po okolicach, zahaczając o malownicze uliczki pełne kawiarni, sklepików z pamiątkami i zielonych terenów nad Tamizą. Pogoda – znów bez zarzutu! Słońce, lekki wiatr i zero deszczu. Idealne warunki na leniwe, popołudniowe odkrywanie Windsoru.
Niemal z każdego miejsca widać potężne mury Windsor Castle, które dominują nad miastem i przypominają, że to nie tylko atrakcja turystyczna, ale wciąż czynna rezydencja monarchii. Sam zamek zachwyca rozmachem – nie tylko z zewnątrz, ale i w środku. Zwiedzanie zaczęliśmy od komnat reprezentacyjnych, które dosłownie zapierają dech w piersiach. Złocone sufity, marmurowe kominki, ogromne lustra i imponujące kolekcje dzieł sztuki – obrazy Rubensa, Van Dycka i Rembrandta wiszą tu jakby mimochodem, jak w dobrze urządzonym salonie.
Jednym z największych zaskoczeń był Domek dla lalek królowej Mary (Queen Mary’s Dolls’ House). To absolutne cudo architektury w miniaturze! Z zewnątrz wygląda jak piękna zabawka, ale im dłużej się przyglądasz, tym bardziej zdajesz sobie sprawę z ogromu detali: miniaturowe książki z prawdziwym drukiem, działająca instalacja wodna, elektryczność, a nawet… malutkie butelki szampana w piwniczce! Trudno uwierzyć, że coś tak perfekcyjnie wykonanego mogło powstać sto lat temu. Spędziliśmy przy tym eksponacie zdecydowanie więcej czasu, niż się spodziewaliśmy.
Ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy była kaplica św. Jerzego, miejsce głęboko symboliczne i poruszające. Jej wnętrze jest majestatyczne, ale nieprzytłaczające – piękne sklepienia, witraże i herby rycerskie, a jednocześnie atmosfera ciszy i zadumy. To tutaj spoczywają m.in. królowa Elżbieta II, książę Filip, ale też Henryk VIII i Karol I. Przechadzając się wśród marmurowych płyt nagrobnych, trudno nie poczuć ciężaru historii, która wydarzyła się właśnie w tym miejscu.
Na koniec zatrzymaliśmy się jeszcze przy tarasie widokowym, skąd rozciąga się panorama na okolicę – zieleń, Tamiza i miasteczko poniżej. Po takiej dawce królewskiej historii aż chciało się na chwilę przysiąść i po prostu chłonąć chwilę. Choć Windsor to nie ogromna metropolia, ma w sobie coś wyjątkowego. Połączenie historii, królewskiego splendoru i spokojnej atmosfery sprawia, że chce się tu wracać.
Ten wyjazd był dokładnie taki, jakiego potrzebowaliśmy. Mnóstwo śmiechu, pozytywna energia, świetne towarzystwo i miasto, które mimo upływu lat nadal potrafi zachwycić. Dla mnie – powrót do wspomnień. Dla reszty – pełna przygód podróż. Dla wszystkich – doskonała okazja do złapania oddechu.
Trudno zaprzeczyć stwierdzeniu, że to los często układa najlepsze podróżnicze scenariusze. Niespełna miesiąc po naszym wrześniowym wypadzie, znów wylądowałam w Londynie – tym razem w drodze powrotnej z Singapuru. Mieliśmy kilka godzin przerwy między lotami, więc zamiast siedzieć na lotnisku, postanowiliśmy jeszcze raz wykorzystać czas i zobaczyć coś, co ostatnio nam umknęło. Podczas poprzedniego pobytu bardzo chcieliśmy zwiedzić Opactwo Westminsterskie, ale akurat wtedy odbywały się tam uroczystości RAF i świątynia była zamknięta dla turystów. Postanowiliśmy więc podjąć to wyzwanie ty razem i wczesnym rankiem po szybkim śniadaniu w McDonald’s ruszyliśmy do opactwa.. Ku naszemu zaskoczeniu bileter uśmiechnął się szeroko i powiedział, że to nasz szczęśliwy dzień. Nie tylko mogliśmy wejść bez rezerwacji, ale też – uwaga – nie zapłaciliśmy ani funta!
Wnętrze opactwa zrobiło na mnie ogromne wrażenie – i to od pierwszego kroku. Gdy tylko weszliśmy, uderzyło mnie wszechobecne światło przesączające się przez misternie zdobione witraże i grające na gotyckich łukach sklepień. Nawa główna wydawała się nie mieć końca, a każdy metr posadzki był świadkiem historii, którą znamy z podręczników i transmisji telewizyjnych. Poets’ Corner poruszył mnie szczególnie – tyle wielkich nazwisk w jednym miejscu: Chaucer, Dickens, Austen, Brontë, Tennyson, a nawet współczesna upamiętniona tablicą Virginia Woolf. W kaplicy Henryka VII panowała niesamowita cisza, mimo obecności turystów. Detale sklepienia przypominają ażurową koronkę wykutą w kamieniu – misterną, perfekcyjną, niemal nierealną. Przeszliśmy się również obok grobów monarchów, w tym Elżbiety I i Marii Stuart – miejsca, gdzie historia i dramaty władzy zamknęły się pod kamienną płytą.
W centralnym punkcie świątyni uwagę przyciąga ołtarz główny – majestatyczny, ale jednocześnie niezwykle harmonijny. Otoczony gotyckim przepychem i światłem witraży, emanuje spokojem i sakralną powagą, całości dopełnia misternie zdobiona mozaika podłogowa z XIII wieku, tzw. Cosmati pavement – miejsce, na którym od wieków koronowani są brytyjscy monarchowie. Bo właśnie tu znajduje się Krzesło Koronacyjne (Coronation Chair) – jedno z najbardziej symbolicznych miejsc w całym Zjednoczonym Królestwie. Surowe, średniowieczne, niepozorne z pozoru – ale pełne znaczenia. To na nim siedzieli niemal wszyscy władcy Anglii i Wielkiej Brytanii od czasów Edwarda I. Widok tego obiektu na żywo, tak dobrze znanego z transmisji koronacji, wywołuje lekki dreszcz – bo nagle historia przestaje być abstrakcyjna. Staje się bardzo realna.
zdjęcia wykonałam we wrześniu i październiku 2024 r.
A Wy macie swoje ulubione miejsca w Londynie? Dajcie znać w komentarzach – może podsuniecie pomysły na kolejną wyprawę!
Jeśli nie masz urlopu, a chcesz odkryć coś nowego, to polecam odwiedzić:














































































































Piękna opowieść, ciepła i pełna osobistych akcentów. Czuć, że ten powrót do Londynu był nie tylko wycieczką, ale też podróżą w czasie – do wspomnień, emocji, dawnych zachwytów. Świetnie, że mogłaś to przeżyć razem z synem, który dołożył swoją pasję do całej wyprawy – to musiało dodać zupełnie nowego wymiaru zwiedzaniu.
Dziękuję bardzo za miłe słowa. Często słyszę opinie, że z dorosłe dzieci nie chcą wyjeżdżać z rodzicami, na szczęście dla mnie mój syn mimo, że sam sporo podróżuje zawsze chętnie wybiera się też w świat ze mną. Tak jak napisałaś – wspólne zwiedzanie nadaje takim wyprawom innego charakteru. A ten wypad był właśnie taki międzypokoleniowy, bo nie tylko mój syn był, ale też syn moich przyjaciół z nami się wybrał.
Ja byłam w Londynie jeszcze przed matura, czyli wieki temu (33 lata) i powiem, że moje wspomnienia wcale nie są takie miłe ….. nie bez powodu już nigdy potem nie chciałam tam wracać i nadal nie wiem czy chcę … Choć wiem, że jest wiele miejsc wartych odwiedzin więc kto wie …
Czasami warto dać drugą szansę miejscom, które nie budzą dobrych wspomnień. Choć nie zawsze to pomaga w odczarowaniu miejsca.
Nigdy tam nie była, specjalnie mnie też Londyn nie kusi, mogę się też mylić, bo może jest wart zobaczenia.
Nie lubię stwierdzeń, że coś trzeba koniecznie zobaczyć. Wiele osób powtarza, że np. Paryż czy Praga to miasta, które porywają, zachwycają i każdy musi tam być. Byłam w obu i zgadzam się z opiniami, że są magiczne i że koniecznie trzeba. Dla Ciebie może Londyn jest takim miastem, do którego nie warto jechać.
Może jest, może nie. Po prostu nie miałam okazji tam być, a szczególnie nie mam parcia by go teraz zobaczyć. Zobaczę, co przyniesie przyszłość.
Przyznam, że po takim opisie nabrałam wielkiej ochoty, aby odświeżyć wspomnienia związane z Londynem, ciekawa jestem, jak bardzo zmienił się po trzech dekadach, zabytki trwają niezmiennie, ale miasto żyje i zaskakuje nowością.
Oj zmienił się, ale też zmieniło się nasze, na pewno moje patrzenie na świat. Mój pierwszy pobyt w Londynie, to zarazem jeden z pierwszych wyjazdów „na zachód”. Teraz po odwiedzeniu ponad 40 krajów oczekiwania i rozczarowania są inne. Ponowny pobyt po takiej przerwie to ciekawe doświadczenie.
Świetnie napisany tekst. Jestem świeżo po lekturze książki Londyn po mojemu , fajne uzupełnienie mi przygotowałaś.
To miło, że dopełniłam lekturę. A do wspomnianej przez Ciebie książki chętnie zajrzę, bo nie znam tego tytułu.
Pani Olu, jednak dzięki algorytmom FB natrafiłem właśnie na tą stronę… podziwiam bardzo i wiem, że chętnie zgłębię całą resztę Pani wrażeń z podróży… a Londynie nie byłem od niespełna 20 lat… Oj zachęciła mnie Pani bardzo by się tam wybrać i poczuć Harrodsa – w którym nigdy nie byłem, ale jakoś kiedyś człowiek nie myślał o takich luksusach 😉 Do zobaczenia w pięknej Świdnicy!
Zaskakujące są działania algorytmu 🙂 zapraszam w wolnej chwili do lektury kolejnych wpisów i życzę szybkiej okazji do odwiedzin Harrods’a. Do zobaczenia!
Piękna opowieść. I kilka podpowiedzi, bo to mój pierwszy pobyt w Londynie. Pobyt trochę eksperymentalny – z mężem i 3 dorosłymi synami. Już wiem, że eksperyment udany! Londynu nie da się uchwycić na jeden raz. To już wiemy. Wrócimy na pewno!
Udanego odkrywania atrakcji Londynu. Dorosły syn to jak dla mnie najlepszy towarzysz do podróży, a trzech i jeszcze mąż – sukces wyprawy gwarantowany 🙂