Jest takie włoskie miasteczko, które niemal każdego z przybywających zaskakuje autentyczną prostotą, zwyczajnością – wręcz surowością. Na pierwszy rzut oka niczym specjalnym się nie wyróżnia, a jednak mimo to wielu odwiedzającym to wyjątkowe miejsce i czas spędzony tam dodaje sił, uspokaja, wycisza. San Giovanni Rotondo – bo o nim mowa – znajduje się około 30 km od Foggii, na wzgórzu – i niemal w samym „sercu” półwyspu Gargano. I jestem niemal pewna, że miasteczko to podzieliłoby los wielu sobie podobnych – urokliwych skądinąd, choć pozbawionych cudowności – osad Italii, gdyby nie postać dosłownie uwielbianego przez Włochów kapucyna – Padre Pio z Pietrelciny (właśc. Francesco Forgione).

Otóż, jak podpowiada historia, Zakon Braci Mniejszych – właśnie kapucynów – sprowadził się tutaj w 1540 roku, jednak dopiero w ubiegłym wieku miasteczko to stało się nie tylko błyskawicznie rozpoznawalne na mapie Włoch, ale i sławne na cały świat. Wszystko to za sprawą niezwykłej wręcz działalności jednego z przebywających tam zakonników o wymownym i jakże wdzięcznym imieniu Pio (od łac. pius czyli cnotliwy, pobożny). Zakonnik ten dał się bowiem poznać chrześcijańskiemu światu nie tylko jako stygmatyk i mistyk obdarzony wieloma niewytłumaczalnymi przez naukę zdolnościami (np. dar widzenia rzeczy przyszłych, czy zdolność do tzw. bilokacji), ale nade wszystko doskonały kierownik duchowy i wspaniały spowiednik. Ten autentycznie święty człowiek, którego kanonizacja miała miejsce 16 czerwca 2002 roku w Rzymie – właśnie tutaj, w San Giovanni Rotondo – od 1916 roku (czyli dokładnie przez 52 lata) żył i pracował. Tutaj również został pochowany. Jego działalność duszpasterska oraz nadnaturalne zdolności sprawiły, iż Ojciec Pio stał się obiektem szczególnego zainteresowania ludzi – tak wierzących, jak i niewierzących. Niejednokrotnie był on także adresatem rozmaitych ataków i pomówień osób wątpiących i próbujących naukowo obalić zdolności przyszłego świętego; ludzi ogłaszających go wręcz szarlatanem. Zainteresowanie to nie zmniejszyło się po jego śmierci, która miała miejsce w dniu 23 września 1968 roku. Wręcz przeciwnie, to właśnie za sprawą tego charyzmatyka – małe i niepozorne San Giovanni Rotondo – stało się drugim, po Lourdes, najczęściej odwiedzanym przez pielgrzymów miejscem na świecie. Dzisiaj autentyczny – i potwierdzony przez Stolicę Apostolską oraz liczne cuda – religijny kult św. Ojca Pio – przyciąga tu ponad 7 mln pielgrzymów rocznie. A liczba ta – sama mówi za siebie. Wieli z tych pielgrzymów to rodacy Padre Pio. 

Warto bowiem wiedzieć, że Włosi mają bardzo swoiste podejście do świętych (mocno różniące się od np. podejścia Polaków) – traktując ich nie jak wielkich, niedoścignionych „mocarzy ducha” spoglądających na nas dumnie z wysokości monumentalnych cokołów postawionych na nich figur oraz z kamiennych pomników – ale jak „kogoś z sąsiedztwa”, jak na bliskiego znajomego, do którego w każdej chwili można wpaść na krótką rozmowę, powierzając mu swoje troski, zmartwienia i radości; i to niezależnie od swojej gorliwości religijnej, a nawet wtedy, gdy się nie jest religijnym w ogóle. Do takiej właśnie, autentycznej „relacji ze świętymi”, do takiej osobowej i zaangażowanej „przyjaźni z nimi” dojrzałam po latach. A początków tego dojrzewania nie trudno nie skojarzyć z kolejnymi odwiedzinami, wciąż na nowo odkrywanych Włoch, oraz wizyt w San Giovanni Rotondo – u św. Pio.  

Kiedy, kilka lat temu – kolokwialnie mówiąc – wiele się w moim życiu posypało i myślałam, że nic dobrego już mnie w życiu nie spotka – jeden z moich przyjaciół uparcie mi powtarzał, iż: Wszystko jest po coś! Wtedy był to dla mnie niewiele znaczący frazes, wręcz irytujący banał, typu: Nie martw się, będzie dobrze! Nie wierzyłam bowiem, że coś się zmieni. Miałam wielkie pretensje do siebie, do bliskich, do całego świata – nie wyłączając Boga, któremu ze złością nie raz zadawałam pytania, dlaczego to mnie spotkało, i czym sobie na to zasłużyłam…? Po pewnym jednak czasie uwierzyłam. Najpierw uwierzyłam w słowa ks. Jana Twardowskiego, mówiącego w swoim wierszu, że: Kiedy Bóg zamyka drzwi – to otwiera okno – a potem zaczęłam dostrzegać pojawiającą się „nadzieję ”, która – jak wiadomo – umiera jako ostania. Kolejnym etapem stała się autentyczna świadomość, że zawsze „będzie dobrze” – co nie znaczy, że zawsze będzie tak, jak ja tego chcę.  

Dochodząc bowiem „do ściany” nie koniecznie musimy się o nią rozbijać! Można przecież skręcić w prawo lub w lewo, można także spojrzeć „w górę”, a tam na pewno znajdziemy ratunek. I to był właśnie ten czas, w którym postanowiłam zaufać TEMU, kto jednak „widzi dalej i wie lepiej”. Nie pierwszy pewnie i nie ostatni raz okazało się, że “Wiara naprawdę czyni cuda”. A te nie zawsze muszą być spektakularne i sensacyjnie, jak choćby te które czynił za życia lub czyni po śmierci św. Padre Pio – opisywane i analizowane na pierwszych stronach gazet. W ciągu ostatnich kilku lat spotkałam wielu niesamowitych ludzi, przeżyłam cały ogrom radosnych chwil. Nauczyłam się także, iż nie ma rzeczy niemożliwych, choć może i na początku na takie wyglądają. Wszystkie te „lekcje” są dla mnie cudem i jednocześnie potwierdzeniem, że warto przyjaźnić się ze Świętymi i warto do nich podróżować. 

Reasumując – w San Giovanni Rotondo – turystycznie, choć nie tylko – naprawdę warto zobaczyć: 

Kościół Santa Maria Delle Grazie z XVI wieku, w którym św. Ojciec Pio modlił się i sprawował Eucharystię. Tutaj również znajduje się konfesjonał, w którym godzinami udzielał kierownictwa duchowego i spowiadał pielgrzymów. Na chórze tej świątyni możliwe jest do nawiedzania także miejsce, gdzie w dniu 20 września 1918 roku – 31 letni o. Pio otrzymał pierwsze stygmaty. W 1959 roku, aby pomieścić coraz liczniej przybywających tutaj pielgrzymów do istniejącej już świątyni dobudowano, tuż obok, drugi znacznie większy kościół – Bazylikę Santa Maria Delle Grazie. Nad ołtarzem głównym umieszczono w nim wspaniałą mozaikę z wizerunkiem Patronki. Budynki obu kościołów są ze sobą połączone i razem tworzą dzisiaj Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej. W krypcie bazyliki przez wiele lat znajdował się także skromny grób Ojca Pio, zaś na terenie samego klasztoru z czasem otwarto również muzeum poświęcone pamięci tego świętego człowieka, w którym można było poznać sposób i warunki jego życia oraz działalność duszpasterską. 

W 1993 roku z chwilą rozpoczęcia się procesu beatyfikacyjnego Sługi Bożego o. Pio – miejscowi kapucyni postanowili wybudować nowy kościół. Powstała wówczas imponująca świątynia wewnątrz, której pomieścić się może, aż 6500 osób. W części podziemnej kościoła umieszczony jest nowy grób św. Ojca Pio, do którego to przeniesiono jego relikwie. Dochodzi się tam długim korytarzem ozdobionym 54 mozaikami zawierającymi sceny z życia, tak Patrona tego miejsca – Padre Pio, jak i św. Franciszka. Arcydzieło to wykonane zostało przez słoweńskiego jezuitę o. Marko Rupnika. Na dziedzińcu świątyni, natomiast, zasadzono 24 drzewka oliwne – będące jednym ze znaków rozpoznawczych tego wyjątkowego miejsca (12 spośród nich zadedykowano Apostołom Jezusa Chrystusa, pozostałe zaś 12 prorokom Starego Testamentu). Obok, wznosi się widoczny z daleka monumentalny, kamienny krzyż. Mierzy on około 40 metrów wysokości i został zbudowany przez nałożenie na siebie 65 ciosanych, kamiennych elementów.  

Równie monumentalna wydaje się być także, wijąca się wzdłuż ścieżki, i wspinająca po stoku Monte Castellana – Droga Krzyżowa. Wykonana została przez włoskiego rzeźbiarza Francesco Messina i składa się ze 16 rzeźb odlanych z brązu (w tym 14 stacji pasyjnych, dodatkowo Chrystus Zmartwychwstały i św. Ojciec Pio) oraz jednego posągu, wykonanego ze śnieżnobiałego marmuru Carrara – przedstawiającego Madonnę z Dzieciątkiem. Wszystko to oglądane niejako „z góry” stanowi spójną całość kompleksu klasztorno-sanktuaryjnego.

zdjęcia wykonałam w maju 2017 r. oraz we wrześniu 2019 r.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
16 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Wędrówki po kuchni
6 lutego 2020 13:38

Moja teściowa była w tym miasteczku już dwa razy i jest nim zauroczona

Iwona_SzerokąDrogą
6 lutego 2020 14:46

Ciekawe miejsce. W przyszłym roku planuję Włochy, może uda się zahaczyć 🙂

Karolina z Rudeiczarne.pl
6 lutego 2020 23:06

Byłam tam lata temu z Rodzicami i bardzo dobrze wspominam 🙂 a Gargano jest przepiękne, takie zielone, piękne klify i skaliste plaże, natura w czystej postaci 🙂

Unknown
7 lutego 2020 12:24

Piękny tekst, Olu, taki osobisty a przecież uniwersalny,bardzo mnie poruszył. Tak, to prawda, wszystko jest po coś… najważniejsze być spokojnym i zaufać Bogu.

Unknown
7 lutego 2020 12:32

Nie wiem dlaczego mój komentarz poszedł jako unknow, informuję więc,że o Twoim pieknym i poruszajacym tekscie, Olu, pisałam ja, Barbara Ryży 🙂💕

Gabi, odpodrozydopodrozy.pl
10 lutego 2020 10:25

Bardzo ładnie opisałaś swoje doświadczenia, najważniejszę, że powrócił optymizm i radość z życia. Nie słyszałam o tym miejscu, ale dla mnie każde miejsce we Włoszech jest urocze, pozdrawiam

Irena i Marek
10 lutego 2020 10:51

Nigdy nie byłam w tym miejscu, nie słyszałam o nim.
Włochy uwielbiam i tyle jest tam do zobaczenia.
Osobiste refleksje bardzo tu pasują.
Najważniejsze jest Twoje życie i czerpanie z niego radości.
Pozdrawiam!
Irena

Marcin Florek
13 lutego 2020 19:53

Wszystko jest po coś! Zgadzam się w 100%.
Jak Ci się udało zrobić tyle zdjęć na których praktycznie nie ma ludzi w tak obleganym przez turystów miejscu?!

Nicolestraveljournal
22 lutego 2020 22:05

Czasem są takie momenty w życiu, że aż ciężko pomyśleć, że kiedyś w końcu będzie lepiej, że coś się zmieni, ale na szczęście po złych chwilach zazwyczaj przychodzą dobre 🙂 Miasteczko ma ciekawą historię, ale chyba wolałabym zobaczyć inne miejsca we Włoszech 🙂