Czasem trzy dni wystarczą, żeby zmienić otoczenie i wrócić z głową pełną nowych wrażeń, kolejnymi zdjęciami i refleksjami o otaczającym nas świecie. Coraz bardziej zmęczona codziennością i czekając z utęsknieniem na prawdziwy urlop, wykorzystałam długi sierpniowy weekend na szybki wypad przez Ołomuniec do Bratysławy i Wiednia. Tak się złożyło, że był to też najcieplejszy czas w sierpniu. Na szczęście klimatyzacja w samochodzie, a później w hotelu, działała bez zarzutu.
Pierwszy przystanek to Ołomuniec – niewielkie czeskie miasto, które kusi spokojem i piękną architekturą. Główny cel: zobaczyć słynną kolumnę Trójcy Świętej, wpisaną na listę UNESCO. No i… zobaczyłam. Tyle że głównie rusztowania. Słowem: timing niezbyt idealny, ale trudno – przynajmniej mam powód, żeby tam wrócić. Bo miasto samo w sobie naprawdę ma coś w sobie – nazywane jest często „małą Pragą” i coś w tym jest. Barokowe kamienice, przyjemne place, ładne kawiarenki, fontanny, sporo historii, ale bez tłumów i zadęcia. Idealne na niespieszny spacer, odpoczynek i złapanie trochę czeskiego klimatu bez turystycznego zgiełku. Tak szczerze? Ołomuniec spokojnie zasługuje na coś więcej niż tylko szybki postój – następnym razem planuję zostać tam przynajmniej na noc. Ale teraz po kilku godzinach ruszyłam dalej
Bratysława powitała mnie klimatem, który od razu skojarzył mi się z dawnymi socjalistycznymi miastami. Jest trochę szaro, trochę chaotycznie, dość brudno, i choć na pierwszy rzut oka nie zachwyca – to wieczorami miasto trochę ożywa. Starówka się zaludnia, kawiarnie i ogródki są pełne, ludzie spacerują wzdłuż Dunaju… Ale mimo tego wszystkiego, czegoś mi brakowało. Te wieczorne spacery – głównie właśnie wtedy ruszałam w miasto, bo za dnia upał dawał się we znaki – nie przekonały mnie do końca. Lubię słońce, ale to był ten rodzaj gorąca, który odbiera energię nawet do powolnego zwiedzania. Nie miałam też jakiegoś konkretnego planu – to nie był wyjazd z mapą i listą punktów „must see”. Raczej taki włóczęgowy tryb – idę, gdzie mnie poniesie. I może to częściowo dlatego Bratysława mnie nie porwała – ale z drugiej strony, niektóre miasta potrafią oczarować właśnie wtedy, gdy niczego od nich nie oczekujesz. Tu jednak tak się nie stało. Zamek? Ładny. Stare Miasto? Przyjemne. Kilka fajnych murali, ciekawa mieszanka starej i nowej zabudowy. Ale wszystko to takie… jakby bez wyrazu. Czułam się trochę, jakbym była w przesiadkowym punkcie – nie w miejscu, które zostaje w pamięci na długo.
I jeszcze jedno – może to drobiazg, ale dla kogoś, kto większość trasy pokonywał autem, przejście na rygorystyczne ograniczenia prędkości (50 km/h praktycznie wszędzie) było wyzwaniem samym w sobie. To nie tylko wymagało ciągłej kontroli, ale też sprawiało, że podróż wydawała się znacznie dłuższa, niż faktycznie była. A może to tylko moje wrażenie z perspektywy kierowcy z niedoborem cierpliwości…
Za to Wiedeń – jak zwykle elegancki, poukładany i absolutnie wart zobaczenia. To nie był mój pierwszy raz w tym mieście, więc zamiast gonitwy po muzeach postawiłam na spacer bez pośpiechu i przyjemności, które Wiedeń serwuje najlepiej – architekturę, kawę, muzykę i… kulinaria. Dojechałam tam pociągiem z Bratysławy – szybko, wygodnie i bezstresowo. Idealna opcja na jednodniowy wypad – tym bardziej, że podróż trwa zaledwie godzinę, a wysiadasz praktycznie w samym centrum. Miasto tętni życiem, ale nie przytłacza – można się spokojnie zgubić w uliczkach i pozwolić nogom nieść, gdzie chcą.
Jednym z obowiązkowych punktów w Wiedniu jest wizyta w kawiarni Hotelu Sacher. Mimo, że termometr szalał powyżej 30 stopni i trzeba było swoje odstać w kolejce to warto było. Tort Sachera smakował wybitnie – czekoladowy, ciężki, z delikatną morelową nutą, podobnie jak jabłkowy strudel i kawa. Zestaw obowiązkowy, jeśli ktoś chce na chwilę zanurzyć się w klasycznym wiedeńskim klimacie. Później – w zupełnie innym nastroju – przystanek w katedrze św. Szczepana. Tym razem mieliśmy szczęście trafić na moment, gdy rozbrzmiewały tam organy. Przejmujące, potężne brzmienie – idealna przeciwwaga dla zgiełku miasta na zewnątrz. No i znów przekonaliśmy się, że warto pytać o bilety ulgowe – bo nawet w Wiedniu, gdzie wszystko wydaje się „na sztywno”, czasem da się miło zaskoczyć. Na koniec dnia – klasyka, której nie mogło zabraknąć: świeżo przygotowany, cieniutki, perfekcyjnie usmażony sznycel. Prosty, ale idealny – chrupiący na zewnątrz, soczysty w środku. W upał może wydawać się zbyt konkretny, ale w tej wersji smakował doskonale. W końcu to też wiedeńska ikona.
Wiedeń mnie znowu zachwycił. Bratysława – mniej, do Ołomuńca postaram się wrócić. Taki weekendowy miks pozwala docenić kontrasty i złapać perspektywę. A o to przecież w podróżach chodzi.
Zdjęcia wykonałam w sierpniu 2025 r.
Weekend wystarczy żeby odwiedzić Londyn, Rygę, Sztokholm czy Zadar


































































































W czasach studenckich bardzo lubiłam krótkie wypady do różnych miast, tak aby chociaż na chwilę wchłonąć ich klimat z pierwszego wrażenia, a później zdecydować się lub nie na dłuższe wizyty i głębsze poznawanie.
A mi osobiście Bratysława bardzo się podoba.
Oferuje wiele ciekawych atrakcji kulturalnych, a i zwiedzane miejsca mają urok, lubię się w niej pojawiać.
Jak zawsze merytorycznie i ciekawie. Tekst klasa.
Nawet najkrótsza wycieczka potrafi zmienić nasze nastawienie do świata i codzienności. Lubię takie krótkie wypady, bo pozwalają odpocząć bez konieczności robienia sobie zaległości w pracy lub szkole.
W Wiedniu byłam jako mała dziewczynka, potem już tylko na nocleg na chwile, Bratysławę odebrałam podobnie jak Ty (nie wzbudziła mojej wielkiej sympatii i miłości), a Ołomuńca nie znam wcale – to trzeba będzie nadrobić !
Takie szybkie wycieczki są czasami bardzo ciekawe i zostaje po nich wiele wspomnień.
Taki krtk wypad to świetna odskocznia od codzenności, podróże kształcą, dają mozliwość poznania nowych rzeczy