Gdybym miała narysować wykres moich wrażeń z kolejno odwiedzanych miejsc w Kanadzie, bez wahania byłaby to klasyczna sinusoida – raz wysoko, raz boleśnie nisko. Euforia mieszała się z rozczarowaniem, zachwyt z niedosytem, a każde kolejne miasto dokładało do tej krzywej własny punkt. Kanada nie była jednorodną opowieścią, raczej zbiorem emocji, które układały się w falujący rytm drogi.
Po porywającej klimatem stolicy, która wciągnęła mnie od pierwszego spaceru i długo nie chciała wypuścić, trafiłam do miasta, które… po prostu mnie nie porwało. I choć bardzo chciałabym wskazać jeden konkretny powód, do dziś nie mam pewności, co właściwie zawiodło. Czy były to moje oczekiwania, napompowane wcześniejszymi doświadczeniami? Czy ogólny obraz miasta, który nie złożył się w spójną całość? Może dawało znać o sobie zmęczenie, a warunki lokalowe tym razem nie były porywające. A może zwyczajnie trafiłam tam w niewłaściwym czasie. Montreal był jednak kolejnym punktem na trasie, którego nie mogłam pominąć, dlatego wybrałam kilka miejsc naprawdę interesujących z perspektywy turysty.
Zaczynam od wizyty w Starym Montrealu i sąsiadującym z nim Starym Porcie. To właśnie tutaj miasto odsłania swoje najbardziej klasyczne oblicze. Kamienne fasady budynków, wąskie uliczki prowadzące między placami i niska zabudowa sprawiają, że wszystko wydaje się uporządkowane i czytelne. Historia nie przytłacza nadmiarem informacji — raczej dyskretnie towarzyszy spacerowi, obecna w detalach architektury, brukowanych chodnikach i widoku portu, który od wieków wyznaczał rytm tej części miasta. To przestrzeń, którą odkrywa się powoli, bez pośpiechu, przechodząc naturalnie od jednego miejsca do drugiego.
Bazylika Notre-Dame to jedno z tych miejsc, które zostają w pamięci głównie dzięki atmosferze. Mimo drogiego biletu i stałego ruchu turystycznego, wnętrze nie traci swojego nastroju. Jest tu gwarno, ale nie chaotycznie — raczej jak w przestrzeni, do której wszyscy przyszli z podobnym nastawieniem. Monumentalne kolumny, bogato zdobione ołtarze i intensywne kolory sprawiają, że trudno objąć całość jednym spojrzeniem. Lazurowy sufit, charakterystyczny dla maryjnej symboliki, pokryty tysiącami złotych gwiazd, przyciąga wzrok i zmusza do zatrzymania się na dłużej. To miejsce oddziałuje przede wszystkim wizualnie, ale właśnie w tej teatralności tkwi jego siła — robi wrażenie i zostawia po sobie bardzo wyraźny obraz.
Oratorium św. Józefa oferuje zupełnie inne doświadczenie. Ogromna bryła budynku dominuje nad okolicą, ale w środku panuje zaskakująca prostota. Przestrzeń jest jasna, uporządkowana i pozbawiona nadmiaru zdobień. Droga prowadząca do oratorium — długie podejście i schody — sprawia, że wizyta nie jest przypadkowa i wymaga pewnego wysiłku. Widać tu pielgrzymów, ludzi odpoczywających na ławkach, osoby siedzące w ciszy bez pośpiechu. To miejsce nie przytłacza — raczej daje przestrzeń na chwilę wyhamowania i odpoczynku od miasta.
Mount Royal to zielone zaplecze Montrealu i punkt obowiązkowy dla każdego, kto chce zobaczyć miasto z góry. Park wznosi się wysoko nad zabudową, a w pogodny dzień panorama z tarasu widokowego rozciąga się od centrum po dalsze dzielnice. Na jego terenie znajduje się jezioro Lac aux Castors, znane również jako Beaver Lake — popularne miejsce pikników, spacerów i spotkań rodzinnych. Wspinaczka na szczyt jest długa i męcząca, szczególnie przy upale, ale nagrodą jest poczucie przestrzeni i oddechu. Powrót okazuje się mniej przyjemny — gubię się na ścieżkach, oznaczenia nie zawsze pomagają, a zmęczenie daje o sobie znać. Dopiero długie, strome schody sprowadzają mnie z powrotem do miasta.
Na szczęście Montreal potrafi zostawić bardzo dobre wspomnienia kulinarne. Schwartz’s Deli to miejsce kultowe, niemal niezmienione od momentu otwarcia w 1928 roku. Kanapka z wędzoną, szarpaną wołowiną, przygotowywaną codziennie według tej samej receptury, smakuje dokładnie tak, jak powinna. Później przychodzi czas na bajgle — obowiązkowy punkt każdej wizyty w Montrealu. Tutejsze bajgle różnią się od nowojorskich: są mniejsze, cieńsze, delikatnie słodsze i zawsze wypiekane w piecach opalanych drewnem. Ich historia sięga początku XX wieku i jest nierozerwalnie związana z żydowskimi imigrantami z Europy Wschodniej. Fairmount Bagel to jedno z najbardziej znanych miejsc, działające nieprzerwanie od dziesięcioleci. Bajgle je się tu świeże, jeszcze ciepłe, często zupełnie bez dodatków — bo naprawdę nie potrzebują niczego więcej. Czasem to właśnie jedzenie zostawia najlepsze wspomnienia z podróży.
Montreal mnie nie zachwycił. Ale też mnie nie zniechęcił. Zostawił po sobie coś pomiędzy — lekkie zawieszenie, brak puenty. I chyba też lekcję, że w podróży nie wszystko musi być spektakularne, żeby było prawdziwe.
I jeszcze taka ciekawostka – Jak wspominałam we wcześniejszych kanadyjskich wpisach, głównym środkiem komunikacji podczas naszej podróży była kolej. Ostatni etap – z Montrealu do Quebecu – również odbyliśmy na pokładzie VIA Rail Canada. I tym razem nie obyło się bez niespodzianki.Na dworzec dotarliśmy tym razem odpowiednio wcześniej, znaleźliśmy właściwą bramkę prowadzącą na peron i – jak wszyscy – ustawiliśmy się w kolejce. Po pewnym czasie pojawiły się dwie panie w mundurach, wyposażone… w wagę. Okazało się bowiem, że przy zakupie biletów na kanadyjski pociąg należy zadeklarować wagę bagażu, a przed wejściem na peron jest ona skrupulatnie sprawdzana. W przypadku nadwagi trzeba uiścić dodatkową opłatę. Na szczęście mieliśmy jedynie bagaże podręczne, które bez problemu mieściły się w normie. Nie to jednak zaskoczyło nas najbardziej. W mediach społecznościowych często można natknąć się na prześmiewcze filmiki pokazujące ludzi stojących w długich kolejkach do gate’ów na lotniskach i biegnących, gdy tylko pojawi się zapowiedź boarding’u. Autorzy takich nagrań – ci „najbardziej doświadczeni” – chwalą się zwykle, że przychodzą na odprawę w ostatniej chwili. Dlaczego o tym wspominam? Otóż nasz pociąg, który początkowo miał pięciominutowe opóźnienie, finalnie odjechał ponad godzinę później. A mimo to podróżni – najróżniejszych narodowości – cały czas cierpliwie stali w kolejce, czekając na możliwość zejścia na peron. Bez nerwów, bez przepychanek, bez głośnych komentarzy….
zdjęcia wykonałam we wrześniu 2025 r.

















































Kanada to kraj, który słabo znam. Rzadko myślę o nim jako o celu wycieczki, ale kiedy patrzę na Twoje zdjęcia, myślę, że chciałabym kiedyś pojechać i tam.
Chociaż nigdy nie marzyłam o podróży w tamtym kierunku, to po powrocie stwierdziłam, że warto było.
Kanada jeszcze daleko na liście moich podróżniczych planów, ale blisko sercowo kraj, moja pierwsza poważna sympatia pochodziła stamtąd, a Montreal z lotu ptaka sprawia naprawdę bardzo zachęcające miejsce do odwiedzenia.
Ja o Kanadzie nigdy nie myślałam, ale często plany sobie – życie sobie. Dzięki temu udało mi się poznać kawałeczek kraju, który potrafi zaskoczyć.
Dokładnie, plany potrafią przesuwać się w czasie, tak chcę do tego podchodzić. 😉 Nauczyłam się, że kiedy nastawiam się na jakiś konkretny kierunek podróży, często mój obraz tego, co wydaje mi się, że zobaczę, zderza się z rzeczywistością z domieszką szarości, zaskakuje mniejszym majestatem, ale w końcu, przewodniki a prawdziwe życie to dwie różne perspektywy.
Godzina opóźnienia to sporo, czasem trudno zachować spokój
Opóźnienie zawsze jest czymś spowodowane, najlepiej cierpliwie poczekać.
Nigdy mnie ten kraj jakoś nie interesował, choć francuskiego uczyłam się w liceum przez trzy lata.