Toronto było naszym pierwszym i ostatnim przystankiem w Kanadzie – miejscem, którego nie da się łatwo jednoznacznie opisać. Szklane wieżowce odbijające się w tafli jeziora Ontario, a tuż obok wąskie uliczki pachnące kawą i świeżym pieczywem. Nowoczesność i historia żyją tu obok siebie w pozornie chaotycznej, ale jakoś jednak działającej harmonii. A mimo to… zabrakło mi w nim tego „czegoś”, co powoduje westchnienie zachwytu.
Chcieliśmy zacząć klasycznie — od wjazdu na szczyt CN Tower. Plan prosty, ale kompletnie nietrafiony. Pierwszego dnia po przylocie okazało się, że w Rogers Centre odbywa się mecz Toronto Blue Jays. Ulice prowadzące w kierunku stadionu i wieży zamieniły się w biało-niebieskie morze kibiców. Dotarcie do wejścia było absolutnie niemożliwe. Nic straconego, wejdziemy ostatniego dnia – pomyśleliśmy. Niestety, CN Tower była wtedy zamknięta z niewiadomych przyczyn. Może to i lepiej… przeszklona podłoga na wysokości 553 metrów to chyba nie jest przeżycie, które dodałoby mi skrzydeł.
Skoro wieża odpadła, ruszyliśmy po prostu przed siebie, próbując poczuć rytm miasta. Przy okazji nauczyliśmy się też, że mieszkańcy wymawiają nazwę miasta pomijając drugie „T” – coś w stylu “tow-ron-ow”.
Odwiedziliśmy Stare Miasto, które ze swoimi ceglanymi elewacjami i wąskimi uliczkami przypomina o torontońskiej historii sprzed epoki drapaczy chmur. Wpadliśmy też do St. Lawrence Market, gdzie zapach świeżych wypieków, aromatycznej kawy i lokalnych przysmaków tworzy wyjątkową, prawdziwie kulinarną atmosferę. Tuż obok hal targowych naszą uwagę przyciągnęła fontanna w Berczy Park – niewielkim ale niezwykle urokliwym skwerze. Słynna psia fontanna – konstrukcja otoczona figurami psów patrzących w stronę tryskającej wody, a na jej szczycie marzenie wszystkich tych czworonogów – ogromna kość. Jedynie kot siedzi z boku i ostentacyjnie ignoruje całą resztę – absolutnie urocze miejsce.
Kolejnym obowiązkowym punktem było Nathan Phillips Square – jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc w Toronto. Plac z dużymi łukami i wielkim napisem TORONTO tętni życiem właściwie o każdej porze dnia. W dzień to ulubione miejsce turystów i pracowników z pobliskich biur, a wieczorem światła miasta odbijają się w fontannie, tworząc piękny, miejski kadr. Najbardziej urzekło mnie jednak Distillery District — dawna dzielnica przemysłowa, dziś tętniąca atmosferą artystycznej bohemy. Galerie, kawiarnie, craftowe browary, małe sklepiki z rękodziełem i pięknie odrestaurowane ceglane budynki tworzą idealne miejsce na spokojny spacer. To tam najłatwiej zwolnić, usiąść z gorącą czekoladą i po prostu chłonąć atmosferę.
I choć Toronto jest największym miastem Kanady oraz jej kulturalną i ekonomiczną stolicą, trudno nie zgodzić się z opiniami wielu przewodników: turystycznie bywa… nieco zachowawcze. Ciekawe, przyjazne, różnorodne — ale niekoniecznie porywające.
Lecąc do Kanady, w życiu bym nie pomyślała, że jednym z najbardziej emocjonalnych wspomnień okaże się podróż pociągiem. Kanadyjskie składy mają w sobie sporo uroku – szerokie wagony, wygodne fotele, dobre jedzenie i piękne widoki za oknem. Ale zanim się do nich wsiądzie…
Podczas kupowania biletów trafiliśmy na informację, że na stacji należy pojawić się co najmniej 45 minut przed odjazdem (a przy połączeniach dalekobieżnych nawet godzinę wcześniej). Brzmiało to jak żart – w końcu to pociąg, a nie lot transatlantycki! W Toronto zrozumieliśmy, że piszą to bardzo poważnie.
Metro w niedzielę okazało się być czynne dopiero od 8:00, więc musieliśmy znaleźć autobus, a przystanki nie są tam w żaden sposób wyraźnie oznaczone. Każda próba wejścia do autobusu była jak gra w zgaduj-zgadulę: czy na pewno jedzie w kierunku dworca? Dopiero za drugim podejściem trafiliśmy właściwie. Niestety, autobus zatrzymywał się dosłownie co kilkanaście metrów – a to przystanek, a to czerwone światło, a to droga podporządkowana. Patrząc na mapę, rozważaliśmy plan B przerażeni cenami transportu alternatywnego.
Kiedy w końcu dotarliśmy pod Union Station, ruszyliśmy biegiem (ja modląc się, żeby kolano wytrzymało ten sprint). Na peron wpadliśmy dosłownie dwie minuty przed odjazdem. Obsługa pociągu czekała przy wejściu, sprawdziła nasze bilety i z uśmiechem skierowała nas do odpowiedniego wagonu.
Warto wspomnieć, że Union Station to jeden z najbardziej ruchliwych węzłów komunikacyjnych w Ameryce Północnej, obsługujący ponad 300 tysięcy osób dziennie. Gdybyśmy dzień wcześniej nie zajrzeli do środka, najprawdopodobniej patrzylibyśmy, jak nasz pociąg odjeżdża spokojnie w stronę Ottawy… bez nas. Dlatego jeśli kiedykolwiek będziecie podróżować pociągiem po Kanadzie pamiętajcie, że 45 minut to nie przesada. To inwestycja w wasze nerwy, bilet… i cały dalszy plan podróży.
zdjęcia wykonałam we wrześniu 2025 r.





























kawiarnie, craftowe browary, małe sklepiki z rękodziełem i cekawa architektura, to argumenty przemawiające za tym by sie tam pojawić
tak, to bardzo fajne, klimatyczne miejsce
Raczej nigdy nie będę miała okazji odwiedzić Toronto osobiście – więc dziękuję za relację i zdjęcia, dzięki którym chociaż wirtualnie mogłam poczuć klimat tego miasta.
Polecam uwadze kolejne wpisy, które mam nadzieję wkrótce będą tu publikowane
Wydaje się nam, że po tylu podróżach jesteśmy zahartowani w nieoczekiwanych sytuacjach, ale zawsze coś nas zdumiewa, czego nie spodziewaliśmy się, co często wywołuje popłoch, jednak mimo wszystko, z takich doświadczeń i tak coś wynosimy dla siebie.
I to jest największa korzyść z podróży – móc z doświadczeń, niepowodzeń czy lęków wynieść coś, co przyda nam się w dalszym życiu
Zawsze marzyłam o Kanadzie, ale głównie o górach, a z miast to jakoś po głowie chodzi mi wyłącznie Vancouver … Może kiedyś
Wszystko przed Wami 🙂 jeśli jeszcze kiedyś wrócę do Kanady to chciałabym poznać parki narodowe Kanady Zachodniej
To miejsce akurat mnie mega ciekawi, wydaje mi się, że ma wiele do pokazania.
Nie twierdzę, że nie ma, ale mnie osobiście nie zachwyciło