Są takie miasta, o których myśli się latami i marzy, żeby je w końcu zobaczyć. Są miasta, do których wraca się myślami tygodniami po powrocie. Ich zapachy, dźwięki, atrakcje zostają gdzieś pod powiekami, a człowiek układa w głowie plan kolejnej wizyty.
O Sztokholmie nie marzyłam i do Sztokholmu nie wrócę, choć to miasto na pewno wiele osób zachwyci. Mnie stolica Szwecji nie porwała, zabrakło mi tam radości, chaosu, spontaniczności, ale czasu tam spędzonego nie żałuję, bo każda podróż to lekcja – o danym miejscu, o innych kulturach, ale też o sobie.
Mój city break trwał niespełna trzy dni – wystarczająco, by zobaczyć najciekawsze miejsca, a przy okazji złapać oddech przed powrotem do codzienności. Taki krótki czas wymagał jednak selekcji – z długiej listy atrakcji musiałam wybrać tylko kilka. Ostateczną decyzję ułatwił drugi, bardzo przyziemny czynnik: ceny. Wejściówki do wielu muzeów i zabytków jak to w Skandynawii są drogie, co wpłynęło na mój plan zwiedzania.
Autorzy przewodników proponują rozpocząć zwiedzanie Sztokholmu od Gamla Stan. Obiecują bajkowe uliczki, kolorowe kamienice, wąskie zaułki i niezwykły klimat, który ma przenieść zwiedzających w inne czasy. Architektonicznie to miejsce zachwyca: budynki o pastelowych fasadach, brukowane chodniki, elegancko wystylizowane witryny kawiarni i sklepików z pamiątkami. Ale mimo tego uroku coś nie do końca tu pasuje. Może to przez tłumy turystów, którzy wylewają się z każdego zaułka, a może przez to, że całość wydaje się zbyt perfekcyjna – jakby ktoś stworzył dekorację do filmu.
Wystarczy jednak przyjść tu wcześnie rano lub skręcić w mniej turystyczną uliczkę, aby odkryć że Gamla Stan to dzielnica, w której łatwo się zgubić – i to dosłownie, i metaforycznie. Labirynt uliczek wciąga. Jedna prowadzi do maleńkiej księgarni, inna kończy się na ukrytym dziedzińcu. Można się tam zatrzymać na długo – nie po to, żeby „zaliczyć atrakcje”, ale żeby poczuć, jak to miejsce żyje. Albo jak żyło – bo czas w Gamla Stan płynie inaczej.
Spacerując po Gamla Stan, trudno przeoczyć Zamek Królewski – monumentalny, surowy w formie, ale imponujący wielkością Choć z zewnątrz może wydawać się nieco chłodny i zbyt klasyczny, w środku kryje zaskakującą różnorodność. Wszystko urządzone z rozmachem, ale bez zbędnej przesady. Zwiedzanie nie męczy, raczej prowadzi przez kolejne etapy szwedzkiej historii, która – choć monarchiczna – nie epatuje przepychem. Tuż obok znajduje się Storkyrkan – najstarszy kościół w Sztokholmie. Z zewnątrz dość niepozorny, ale w środku skrywa kilka prawdziwych pereł, z których największe wrażenie robi imponująca rzeźba św. Jerzego walczącego ze smokiem. To nie tylko arcydzieło snycerskie, ale też symbol walki dobra ze złem, tak mocno zakorzeniony w kulturze miasta. W tej świątyni wciąż odbywają się królewskie śluby i uroczystości państwowe, ale mimo to zachowała atmosferę skupienia i ciszy.
Po spacerze po Gamla Stan ruszyłam dalej, wybierając atrakcje, które nie tylko wpisywały się w moje zainteresowania, ale też miały w sobie coś więcej niż tylko ładną ekspozycję. Wśród nich znalazły się dwa miejsca, które – choć zupełnie różne – opowiadają o Sztokholmie na swój własny sposób. Od nauki i idei zmieniających świat, po muzykę, która łączy pokolenia i przekracza granice języków.
Pierwszym było Muzeum Nobla, zlokalizowane właśnie na starym mieście, w jednym z najbardziej reprezentacyjnych budynków przy placu Stortorget. To miejsce nie przytłacza nadmiarem eksponatów, ale daje do myślenia. Pokazuje sylwetki laureatów, ich idee, porażki, przełomy. Wędrując po salach, można poczuć, że nagroda Nobla to nie tylko medale i oficjalne ceremonie, ale przede wszystkim historie ludzi, którzy nie bali się myśleć inaczej. To było muzeum bardziej do czytania niż oglądania.
Zupełnie innym doświadczeniem było Muzeum ABBY, do którego wybrałam się pierwszego dnia. Położone na wyspie Djurgården, w otoczeniu innych popularnych atrakcji, to miejsce pełne dźwięków, świateł, interakcji i nostalgii. Już od wejścia czuć atmosferę lat 70., a ekspozycja prowadzi przez historię zespołu w sposób dynamiczny i widowiskowy. Kostiumy, nagrania, oryginalne instrumenty, interaktywne stanowiska, gdzie można zaśpiewać „Mamma Mia” albo wystąpić w wirtualnym składzie ABBY – wszystko zaprojektowane tak, by nie tylko opowiadać, ale wciągać. ABBĘ znałam, jak większość – z mediów, z filmów, z imprez. Ale tu po raz pierwszy poczułam, jak ogromny był ich wpływ na kulturę popularną i jak bardzo byli – i są – obecni w zbiorowej wyobraźni, nie tylko w Szwecji.
Przypadkowo stałam się świadkiem zdarzenia, które nie pasowało do miejsc określanych w przewodnikach jako uporządkowane i ciche. A tu nagle pojawiły się emocje i światowa polityka. Do moich uszu dobiegł rytmiczny dźwięk bębnów, przeplatany coraz wyraźniejszymi okrzykami w języku, którego nie rozumiałam. Kilkadziesiąt osób, może więcej. Kobiety w barwnych chustach, młodzi mężczyźni z telefonami w dłoniach, starsi z powagą w oczach – trwała manifestacja propalestyńska. I wtedy zrozumiałam, że Sztokholm nie jest tylko zbiorem pocztówkowych widoków. To miasto zapisuje codziennie nowe opowieści: o migracji, o konfliktach, o tożsamości. Miasto, w którym każda ulica może w jednej chwili stać się sceną – zarówno dla turystów z aparatami, jak i dla tych, którzy niosą transparenty i bronią swoich spraw.
Oczywiście nie mogło zabraknąć kulinarnego przystanku. Sztokholm nie jest może gastronomiczną stolicą Europy, ale potrafi zaskoczyć – czasem prostotą, czasem połączeniem smaków, których się nie spodziewałam. Na pierwszy ogień poszedł smażony śledź – klasyka szwedzkiej kuchni ulicznej, serwowany z puree ziemniaczanym i surówką. Podobno najlepszy jest na Södermalm, w jednej z małych budek. To danie, które bardziej się zapamiętuje niż kocha od pierwszego kęsa, ale warto dać mu szansę. Nie odmówiłam sobie też kultowych köttbullar, czyli szwedzkich klopsików z ziemniaczanym purée i lingonberry jam – klasyki, która od lat cieszy podniebienia. A jeśli jesteśmy w Szwecji to takie danie warto zjeść w restauracji IKEA 🙂 A na deser – oczywiście bułeczka cynamonowa, czyli kanelbulle. Pachnąca, miękka, hojnie posypana cukrem. W Szwecji to nie tylko słodka przekąska, ale wręcz rytuał – szczególnie w czasie fika, czyli przerwy na kawę i coś słodkiego.
Nie każda podróż kończy się miłością od pierwszego wejrzenia. Nie każde miasto musi nas oczarować. Tak właśnie było ze mną i Sztokholmem. Fajnie było zobaczyć, fajnie mieć odhaczone, ale serce nie zabiło szybciej. To jednak wyłącznie moja opinia. Jeśli planujecie krótki wypad i macie ochotę na spokojne tempo warto dać Sztokholmowi szansę. Może Was zauroczy. Ale nie przejmujcie się, jeśli nie zakochacie się w tym mieście. Nie każde odwiedzane miejsce stanie się miłością życia – czasem wystarczy, że jest interesującą znajomością.
Zdjęcia wykonałam w maju 2025 r.
Informacje praktyczne – jak zorganizować city break w Sztokholmie
Dojazd z lotniska
Lądowałam na Arlanda – największym lotnisku w Sztokholmie. Do centrum najlepiej dostać się pociągiem Arlanda Express (szybki, ale drogi – ok. 300 SEK w jedną stronę). Taniej, ale wolniej – autobusem Flygbussarna (ok. 120 SEK) lub Flixbusem (ok. 70 SEK)
Transport publiczny
Miasto ma bardzo dobrą komunikację – metro, autobusy, tramwaje. Większość turystycznych atrakcji jest na tyle blisko siebie, że wystarczą wygodne buty i ochota na spacer.
Nocleg
Ceny są wysokie, jak to w Skandynawii. Ja dzięki promocji na booking.com zatrzymałam się Courtyard by Marriott w Kungsholmen. Cena: ok. 1100 SEK za pokój typu deluxe ze sniadaniami za 2 noce dla 2 osób.
Kiedy jechać?
Wiosna i lato to chyba najlepszy czas – długie dni, więcej słońca. Ja byłam w maju i trafiłam niemal idealnie – słońce, błękitne niebo, temperatura ok. 16-20 stopni. Ale też porywisty wiatr i przelotne opady – na szczęście tylko wtedy, gdy zwiedzałam wnętrza.
























































































































Olu, dziękuję za opis. Co prawda mnie Skandynawia nie pociąga, ale super się czytało.👍
Dziękuję Agatko za odwiedziny. A co do Skandynawii to trudno ją tak globalnie oceniać. Jakiś czas temu wybrałam się na kilka dni do Norwegii (są na blogu wpisy z Oslo i Bergen) i wróciłam zachwycona zarówno miastami, jak i krajobrazami. Tym razem nic mnie nie porwało.
Mnie też nie pociąga Skandynawia , ale doceniam merytorykę i jakość tekstów. Widać, że spędzasz mnóstwo czasu na przygotowaniu się do pisania.
Sztokholm bardzo chciałabym zobaczyć w nowej odsłonie, czytam wiele skandynawskich kryminałów, a to miasto często się w nich pojawia.
O widzisz, może to byłby pomysł na poznawanie miasta – szlakiem bohaterów kryminałów 🙂
Do ulubionych miejsc się wraca, a do takich co nie wnoszą emocji raczej nie. Rozumiem, ale i tak było warto tam wpaść.
Zawsze staram się patrzeć pozytywnie i nigdy nie mówię, że nie warto jechać w to czy inne miejsce. Oczywiście, mam kilka swoich ukochanych miast, w których czuje się jak w domu, i do których chętnie wracam, ale w każdym odwiedzonym miejscu staram się odkryć coś, co zbuduje moje dobre wspomnienia.
Bo wspomnienia są najcenniejsze i warto jest je pielegnować.
Twoja relacja bardzo mnie poruszyła – nie każda podróż musi być spełnieniem marzeń. Czasem to właśnie te miejsca, które nie porywają od razu, uczą nas najwięcej. Sztokholm z Twojego opisu jawi się jako piękny, ale chłodny – jakby bardziej do oglądania niż przeżywania. Doceniam szczerość i to, że mimo niedosytu potrafisz dostrzec wartość tej lekcji. Dzięki za tę opowieść – sprawiła, że zatrzymałam się na chwilę i pomyślałam o własnych podróżach.
430,60 Złotych za 2 noclego dla 2 osób ze śniadaniami to nie tak dużo, zwłaszcza jak na takie miasto
Zgadza się, ale to była cena promocyjna, bo normalnie ten pokój kosztował ok. 1500 zł.
o wow, to naprawdę spora różnica, zdecydowanie!
Bardzo ładnie napisane i myślę, że tak jest faktycznie – przykładowo mnie nie oczarował Paryż, ale i tak miło wspominam zwiedzanie.
Zawsze staram się znaleźć coś, co później jest dobrym wspomnieniem z danego miejsca. Mnie też Paryż nie zachwycił 🙂
Pięknie napisane, aż poczułam ten klimat Sztokholmu!
Twoje spojrzenie jest szczere i ciekawe – pokazujesz nie tylko miejsca, ale też emocje, które im towarzyszą.
Zgadzam się, że nie każde miasto musi nas zachwycić, ale każda podróż czegoś uczy.
Ciekawi mnie, jakie miejsca najbardziej Cię zaskoczyły podczas tej krótkiej wizyty?
Odwiedzane miejsca raczej mnie nie zaskoczyły, bo troszkę o nich poczytałam i wiedziałam czego się spodziewać. Natomiast bardzo brakowało mi takiego luzu czy spontaniczności, naturalnych reakcji – uśmiechów, kontaktu wzrokowego ze spotykanymi osobami.
Sztokholm – piękny, ale nie dla mnie.
Miasto pastelowych kamienic i doskonałego porządku. Brakowało mi w nim jednak chaosu, śmiechu, luzu. Nie wrócę, choć nie żałuję – bo każda podróż czegoś uczy. O świecie. I o sobie.
My byliśmy w Sztokholmie kilkanaście lat temu , ale późną jesienią . Już wtedy Szwecja nie była taka zadbana i bezpieczna jak ponad 20 lat temu kiedy tam studiowałam … tak – Sztokholm nie robi wrażenia wow i nie zaliczam go do najpiękniejszych stolic Europy. Za 2 dni mam okazje przekonać się ponownie jak wygląda , bo akurat mamy tam „citybreaka” w drodze do Finlandii … zobaczymy
Ja również dziękuję za ten wpis jak zwykle pełna profeska i zaangażowanie.