Do Wenecji wybrałam się nie tylko po to, by podziwiać pełne barw stroje uczestników karnawału, ale przede wszystkim po to, by nauczyć się robić zdjęcia. Tak, dobrze przeczytaliście – od lat aparat towarzyszy mi niemal w każdej podróży, a ja robię setki zdjęć, które spotykają się z aprobatą tych, którzy je oglądają. Coraz częściej czułam, że popadłam w pewną rutynę, bo choć zdjęcia są ładne, to nie zawsze wywołują we mnie to, co chciałabym czuć, patrząc na nie. Jak powiedział J.W. Goethe: „Kto nie idzie do przodu, ten się cofa”. I chyba to jest klucz do wszystkiego. Nawet w tak pozornie prostym zajęciu, jak robienie zdjęć, można zatrzymać się w miejscu, nie rozwijać swoich umiejętności, nie wyjść poza utarte schematy.
Wenecja miała mi pomóc to zmienić – nie tylko od strony technicznej, ale też artystycznej. Chciałam nauczyć się, jak patrzeć na świat przez obiektyw z nową wrażliwością, jak przełamać dotychczasowe ograniczenia i zrobić krok w stronę naprawdę twórczego podejścia do fotografii. Zatem, choć karnawałowe maski były piękne, to moim prawdziwym celem była nauka – nauka, która miała dać mi nowe spojrzenie na świat, którego wcześniej może nie dostrzegałam.
Oczywiście, żeby nauka miała sens, trzeba mieć dobrego nauczyciela. Od jakiegoś czasu podglądam Piotra Trybalskiego – fotografa w podróży i to właśnie jego warsztaty przykuły moją uwagę. Kiedy korespondowałam z nim w sprawie drugiej edycji mojego festiwalu podróżniczego, podpytałam, czy z posiadanym przeze mnie sprzętem w ogóle warto myśleć o warsztatach. Okazało się, że jak najbardziej!
Muszę się przyznać, że czasem zapalam się do jakiegoś pomysłu, a potem zaczynam szukać wymówek, żeby się z tego wykręcić. Tak też było i tym razem. Cieszyłam się na ten wyjazd, a z drugiej strony bałam się tego, co mnie czeka. Kilka tygodni przed wyjazdem miałam całą masę wątpliwości, ale kiedy kupiłam już bilet na samolot wiedziałam, że nie mogę się wycofać. Na początku podróży nie było zbyt różowo – samolot spóźniony, a do tego nagły ból nogi, który sprawiał, że ledwo mogłam zrobić kilka kroków. W głowie miałam tylko jedno: „Po co mi to było? Może lepiej było zostać w domu?” Ale kiedy po dotarciu na miejsce usiedliśmy wszyscy razem przy pysznej pizzy, poczułam, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.
Spotkałam tam fantastycznych ludzi, którzy, tak jak ja, pragnęli nauczyć się patrzeć na świat fotografią, dostrzegać ciekawe kadry, które umykają większości. Byli to pasjonaci, gotowi zanurzyć się w świat detali, światła i cieni, szukający magii w zwykłych, codziennych scenach. Wędrowaliśmy po Wenecji, zatrzymując się w różnych miejscach, gdzie każdy kadr opowiadał swoją historię. Spędziliśmy długie godziny na placu św. Marka, który tętnił życiem, pełen turystów, artystów, a także mieszkańców zajętych codziennością. Każdy z nas starał się uchwycić coś innego, ale niewątpliwie łączyła nas chęć zatrzymania ulotnych momentów tego miejsca. Dotarliśmy też do Arsenału, miejsca, które miało być spokojne i puste, a okazało się akurat wtedy być pełne karnawałowego zamieszania. Kolorowi „przebierańcy” pozowali do zdjęć, a my staraliśmy się uchwycić te spontaniczne momenty, które miały najwięcej uroku. Chaos w połączeniu z tą niezwykłą atmosferą, pełną maskarad i radości, tworzył wyjątkowy kontrast. Mimo strajkującej komunikacji miejskiej, udało nam się dotrzeć na Burano, gdzie przywitała nas tajemnicza mgła, nadając wyspie nieczęsto spotykany – w tym pełnym kolorów miejscu – klimat.
Na koniec dnia Piotr podsumował nasze dzieła jednym stwierdzeniem: No fajnie, 2-3 zdjęcia można by z tego wybrać. Przyznam, że początkowo trochę mnie to przytłoczyło, ale później zrozumiałam, że miał rację. Jego uwagi zaczęły mi otwierać oczy – to nie tylko kwestia robienia zdjęć, ale o uchwyceniu czegoś, co nie tylko technicznie wygląda dobrze, ale też ma w sobie emocje, opowiada historię i potrafi poruszyć, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się zwykłe.
Żeby było jasne – to nie jest tekst sponsorowany 🙂
Po tych kilku dniach wiem jedno – zdecydowanie warto było pokonać swoje wewnętrzne wątpliwości. Tego typu wyjazdy, gdzie można pracować z ekspertem, to naprawdę świetny sposób na naukę. Jeśli ktoś się waha, szczerze polecam – nie tylko fotograficzne, bo takich wyjazdów jest mnóstwo i każdy może znaleźć coś dla siebie. Ja zaczynam planować kolejne!
Co do zdjęć zaś z tych poniżej pewnie 2-3 można byłoby wybrać, ale ja jeszcze nie opanowałam sztuki selekcji. Może na kolejnych warsztatach się tego nauczę…
Zdjęcia wykonałam w lutym 2025 r.













































Wspaniałe uczucie, kiedy człowiek rozwija się w pasjach, nieustannie stara się więcej z nich wycisnąć dla siebie, poprawić umiejętności, zdolności, smykałkę do czegoś, jakże to satysfakcjonujące, wyzwania które sprawiają, że czujemy iż żyjemy.
Masz rację, przełamywanie własnych lęków i szukanie radości nawet tych małych daje niesamowitą siłę.
Mówi się, że przed fotografem czeka najlepszy wciąż kadr 🙂
Dlatego mam nadzieję, że wiele jeszcze zdjęć przede mną.
Super, mnie by się też takie warsztaty na pewno przydały – widać po Twoich zdjęciach, że nauczyłaś się inaczej postrzegać świat. Świetny efekt !!!
Gorąco polecam! Ciekawe doświadczenie i dużo zdobytej wiedzy.
Robienie zdjęć wcale nie jest proste, a może jest. Robienie dobrych jest sztuką: kadr, perspektywa, światło….
Ze zdjęciami jak ze wszystkimi innymi działaniami – wydaje się proste, a im więcej się wie tym trudniej
Fotograf to fascynujący zawód, to chwytanie chwil, radosnych, smutnych niekiedy, przyrody, ludzi i zachowania itd.
Fotografia dla mnie to pasja, sposób na odreagowanie stresów. Ale tak – masz rację – możliwość chwytania chwil jest wspaniałe